Mój Mont Blanc na haju..., pardon - na Hané

informacje, wrażenia, relacje etc. {Każdy nowy temat proszę zaczynać od daty w formacie yyyy.mm.dd}

Mój Mont Blanc na haju..., pardon - na Hané

Postautor: KrzysiekJ » 30 lip 2019, 01:56

Na naszym forum od kilku już dobrych lat istnieje wątek zatytułowany "Śląskie cośtam...". Zamieszczane są tam tzw. karkasony (neologizm wymyślony przez Tomka Dudziaka, pochodzący od wszystkim znanego sformułowania "Paczków - śląskie Carcassonne"), niektóre od wielu już lat mocno w slangu turystycznym i krajoznawczym zadomowione ("Ostrzyca - śląska Fujijama", "Sokołowsko - dolnośląskie Davos", "Wambierzyce - kłodzka Jerozolima"), inne nowe i nieznane, często mocno zaskakujące. Z czasem "Śląskie cośtam..." praktycznie zamieniło się - bez oficjalnej zmiany nazwy wątku - w "Sudeckie cośtam...", w związku z czym pojawiły się setki nowych, już sudeckich, karkasonów, znajdowanych w czeskiej literaturze, prasie i na czeskojęzycznych stronach internetowych.

W jednej z czeskich publikacji turystycznych Tomek wyszukał zdanie, w którym pewną niewysoką sudecką górkę przyrównywało się do najwyższego szczytu Alp.

Ale zacytuję tu może Tomka [zob. viewtopic.php?f=20&t=30&p=3783&hilit=Kos%C3%AD%C5%99&sid=ccf7ad5d27ccf9c6c3bae8f19831f22d#p3783 ]:

"Velký Kosíř - Hanácké Mont Blank [lub: Hanácký Mont Blanc - zależnie, czy odnosi się rodzaj do Kosirza, czy do do Mt. Blanca].

Pewnie dla wielu czytelników nazwa tego szczytu brzmi nieco egzotycznie, niemniej to jeszcze Sudety - najwyższy szczyt Bouzovskiej vrchoviny (442 m), jednej z części Zábřežskiej vrchoviny (Wyżyny Zabrzeskiej), z wieżą widokową."


Wydawać by się mogło, że porównywanie z Mont Blankiem górki o wysokości niższej o przeszło cztery i pół kilometra (zresztą w świetle dziś obowiązujących podziałów, wcale nie najwyższej w Bouzovskiej vrchovinie - kulminacją tej części Wyżyny Zabrzeskiej są znacznie mniej przeciętnemu Morawianinowi znane Zahálkovy skaly - 610 m n.p.m.), to takie typowo czeskie szwejkospojrzenie. Można tu doszukiwać się typowej dla Czechów i Morawiaków lekkiej ironii i sporego dystansu do rzeczy mniej i bardziej poważnych. Velký Kosíř byłby tu takim topograficznym odpowiednikiem chociażby Járy Cimrmana, ale...

Ale, gdy już na poważnie zacznie się studiować literaturę dotyczącą środkowych Moraw, a zwłaszcza dziejów i kultury środkowomorawskiego regionu Haná, którego głównym centrum jest Ołomuniec, to już to nieco lekceważące spojrzenie na Wielkiego Żniwiarza (to chyba najzgrabniejsze tłumaczenie na nasz język nazwy góry) wyraźnie ustępuje. Bo to w rejon tego szczytu dotarli dwa i pół tysiąca lat temu Celtowie, sześć-siedem wieków później Rzymianie (ci na krótko i nieliczni, ale jednak), że to nie tylko archeologiczne, ale też etnograficzne i kulturowe eldorado. A może również i turystyczne?

O tym przekonałem się tydzień temu, podczas mojej pierwszej wędrówki po tym praktycznie nieznanym mi wcześniej zakątku Sudetów - Wyżynie Zabrzeskiej. Celem wycieczki był oczywiście Velký Kosíř, ale również i to, co leży w pobliżu i u stóp tej góry.

Obrazek

Wyżyna Zabrzeska dotąd była dla mnie terenem turystycznie nieodkrytym. Znałem kilka miasteczek znajdujących się u podnóża tych niewysokich górek, chociażby Zábřeh z jego najbardziej znanym dość specyficznym "zabytkiem",

Obrazek

czy też znanych z produkcji serków ołomunieckich Loštic (ale również z tamtejszych judaiców oraz sięgających średniowiecza tradycji garncarskich)

Obrazek.

Wielokrotnie też przecinałem Wyżynę Zabrzeską podróżując pociągiem lub samochodem. Ale pieszo i z plecakiem - nigdy, nie było dotąd takiej okazji...

Z plecakiem na grzbiecie patrzyłem na Zábřežską vrchovinę tylko raz w życiu. W czerwcu 2009 r., gdy schodziłem - po dwudniowej wędrówce po Hřebečovskim Hřbete Międzygórza Trzebowskiego - do uroczego niewielkiego miasteczka Jevičko, jednego z najbardziej na południe położonych miast sudeckich. Za Jevičkiem, na wschód od niego, wyrastały jakieś nieznane mi góry, niewysokie, ale intrygujące i jednocześnie drażniące tym, że właśnie nieznane. Była to środkowa i południowa część Wyżyny Zabrzeskiej - Mírovská i Bouzovská vrchovina.

Obrazek

Może w tym miejscu jeszcze jedno wyjaśnienie. Na Lázku, najwyższym szczycie Wyżyny Zabrzeskiej (i jednocześnie północnej części wyżyny, tzw. Drozdovskéj vrchoviny), jeszcze nie byłem, mimo, że to góra należąca do aż dwóch koron ("Korony Sudetów" i "Korony Sudetów Czeskich"). Na kulminację masywu, sięgającą swoją wysokością 714 m n.p.m., nie wszedłem nie tylko dlatego, że nie zdobywam takich odznak (mimo, że cenię je oraz ich zdobywców). Po prostu jeszcze pod koniec lat 80., gdy zacząłem studiować czeskie mapy turystyczne (tzw. czeskie setki), wymyśliłem sobie czterodniową wycieczkę namiotową wiodącą z południowej części Wysokiego Jesionika przez Wyżynę Zabrzeską (i właśnie z wejściem na Lázek) i Międzygórze Trzebowskie do Lichkova w Górach Orlickich. Trasy tej jeszcze nie zrobiłem - cały czas mam nadzieję, że kiedyś wreszcie dojdzie do jej realizacji.

Na razie na tapetę poszła południowa część Wyżyny Zabrzeskiej - Bouzovská vrchovina.

Pierwszy etap to nocny spacer z domu na dworzec w Świebodzicach. Wyjazd tuż po czwartej i najpierw nie w kierunku Sudetów, lecz przeciwnym - do Wrocławia.

Obrazek

Następnie przesiadki we Wrocławiu (na kolejny pociąg), Gorzanowie (na autobus zastępczy, ze względu na remont torowiska w rejonie Bystrzycy Kłodzkiej), Międzylesiu (na pociąg), Ústí nad Orlicí (na jeszcze jeden pociąg) i w Svitavach (ostatni autobus). I tak po tej mało, jak na warunki czeskie, skomplikowanej podróży, wylądowałem, o godz. 10:45, w wiosce mającej w nazwie "miasteczko" - Městečko Trnávka. Przyznam się, że ta nazwa - dla mnie urocza - była jednym z powodów, że stąd właśnie rozpocząłem swoją wycieczkę. Drugim powodem był zrujnowany średniowieczny zamek górujący nad Trnavką - zamek Cimburk. Sporo o nim wcześniej czytałem, chciałem wreszcie poznać te ruiny nieco bliżej.

Obrazek

W samym Mestečku Trnávce byłem może godzinę z kwadransem. Najpierw zabytki i tamtejszy cmentarz (oj, bardzo ciekawy), a później, w miejscowej knajpce, mentalne i koncepcyjne przygotowanie się do trzydniowego ataku szczytowego na Velkého Kosířa...

Obrazek

I tu, jeszcze w Trnávce, pierwsza konstatacja, że od strony logistycznej dałem przysłowiowego ciała. Otóż nie zabrałem map, tzn. zabrałem, ale nie te co trzeba. Wziąłem mapy okolic Czeskiej Trzebowi i Svitav, a nie tego, co znajduje się na wschód i południowy wschód od tych miast. Pisząc o mapach mam na myśli dzisiejsze porządne mapy Klubu Czeskich Turystów w skali 1:50 000 czy też innych współczesnych nam wydawców. Bo jednak jedną "właściwą" mapę zabrałem. Była to poczciwa setka "Olomoucko" [rejon Ołomuńca], wydana jeszcze w roku 1987. Miała być antykwarycznym dodatkiem do mojej wędrówki, a przez moje roztargnienie stała się mapą podstawową.

Obrazek

Nie przeszkodziło to jednak w zdobyciu Wielkiego Żniwiarza. Zabytkowa mapa, wzbogacona nieśmiertelnym opracowaniem "Sudety czeskie" Marka Staffy z 1991 r., dała radę. I najważniejsze - po czterodniowym używaniu nawet nie widać na niej nowych przetarć; inna sprawa, że pilnowałem jej jak oka w głowie, jest to bowiem mój jedyny egzemplarz tego kartograficznego białego kruka.

Obrazek

Obrazek

"Olomoucko" w skali 1:100 000 doprowadziło mnie przecież, po trzech dniach wędrówki, do celu - najpierw do zachodniego podnóża, a następnie na sam szczyt Velkého Kosířa. Sylwetka Kosiarza-Żniwiarza z pewnej odległości rzeczywiście przypomina leżące poziomo ostrze kosy. I podobno ta plackata góra wygląda niemal tak samo ze wszystkich stron. Może to stanowiło w przeszłości o jej swoistym fenomenie.

Obrazek

Obrazek

Na polanę szczytową Kosiarza dotarłem nieco przed ósmą wieczór. Trochę za późno, gdyż zostało mi zaledwie dziesięć minut na wejście na wieżę widokową. Gospodarze zjeżdżali już na dół do Prostejova, i tak zrobili mi grzeczność, że udostępnili już wcześniej zamkniętą wieżę, dali około dwóch litrów wody pitnej (na szczycie nie ma źródła) i wreszcie nie mieli żadnych obiekcji, gdy zapytałem o możliwość przenocowania na szczycie.

Obrazek


Obrazek

Obrazek

Noc na szczycie niezapomniana. Nie włączałem latarki, stąd gdy tylko zaczęło się zmierzchać rozpoczął się nad moją głową niesamowity seans. Najpierw nad polanę szczytową nadleciało kilkadziesiąt nietoperzy. Po pięciu minutach te większe nietoperze gdzieś odleciały, pozostały tylko osobniki mniejsze, ale jednocześnie zaczęły krążyć sowy. Też mniejsze i większe. Bezszelestnie, niemal bez poruszania skrzydłami, ślizgając się w powietrzu tuż nad ziemią. Ile ryjówek, nornic i myszy nie przeżyło tej nocy, nie wiem. Jakaś norniczka przemknęła koło mojego śpiwora, kierując się do rozdeptanego w środku wiaty krakersa (nie mojego). Tu, pod dachem wiaty, była bezpieczna, ale poza nią?...

Obrazek

Pobudka o świcie...

Obrazek

I zejście do Čelechovic na Hané - najbardziej na południowy wschód położonej stacji kolejowej w Sudetach

Obrazek

... aby tam wsiąść do pociągu i powrócić - tym razem po sześciu przesiadkach - do Świebodzic

Obrazek

Obrazek

Po Wyżynie Zabrzeskiej wędrowałem na ciężko. Z kompletnym sprzętem biwakowym. Dzienne odcinki nie były długie - szedłem szlakami, ale często pomykałem na boki, w stronę jakiś "zajimavosti", rozglądając się za jakimiś formami geologicznymi, Nepomucenami, pomnikowymi i niepomnikowymi drzewami..., a nieraz zalegając wśród ostatnich zapewne tego lata malin i pierwszych tego lata jeżyn,

Obrazek

Obrazek

najbardziej jednak objadając się mirabelkami, spotykanymi przy każdej praktycznie zwiedzanej wiosce

Obrazek

Obrazek
W pierwszym dniu przeszedłem jedynie 14 km (przy sumie podejść nieco ponad 400 m), wychodząc z Městečka Trnavki, a kończąc dzień - rozbijając namiot zaledwie 15 minut przed początkiem gwałtownej burzy - nieco na zachód od maleńkiej wioseczki Kozov. Dużą część tego dnia spędziłem w ruinach średniowiecznego zamku Cimburk (tyle samo czasu co zwiedzanie, zajęło mi przeczekiwanie pierwszej w tym dniu ulewy). Trasa tego dnia biegła w przybliżeniu równoleżnikowo, z zachodu na wschód, przecinając "po szerokości" Wyżynę Zabrzeską. Wędrowałem głównie szlakiem żółtym, tylko pod koniec dnia przeskakując na szlak zielony (na mojej starej mapie ta "zielona" końcówka była w latach 80. XX w. koloru żółtego). W tym dniu zdobyłem też najwyższy szczyt na trasie mojej czterodniowej wędrówki - leżącą nieco na północ od szlaku górkę o nazwie Plániva, sięgającą niebotycznej wysokości 559 m n.p.m.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Drugi dzień, sobota, to trasa o długości 20 km i sumie podejść 750 m, kończąca się na pozaszlakowej łące nad wioską Luká. Pierwsza część dnia to takie trochę zygzakowanie z dojściem, ale nie zwiedzaniem wnętrz, do zamku Bouzov i stamtąd przejściem w wapienną część Wyżyny Zabrzeskiej w okolice miejscowości Javoříčko (po drodze m.in. największa skalna brama na Morawach, następnie Jaskinia Jaworzycka i najbardziej "schroniskopodobny" obiekt na trasie, czyli chata Jaskýnka, przypominająca mi trochę naszą "Perłę Zachodu")

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W tym drugim dniu wędrówki "przesiadłem się" w Javoříčku na zielony szlak, którym szedłem już do końca swojej wycieczki. Od tego momentu przemieszczałem się generalnie w kierunku południowo-wschodnim.

Obrazek

W ostatnich godzinach sobotniej wędrówki przeszedłem tym zielonym szlakiem w rejon wioski Luká.

Obrazek

Obrazek

Tuż przed zejściem do Lukí zobaczyłem - gdzieś daleko na północ i północny wschód od wioski - coś nieco wyższego od Wyżyny Zabrzeskiej: Góry Odrzańskie i Nizký Jesenik. Widoczność była typowa dla lipca - bardzo mizerna. Frajda, że widzi się jednak miejsca nieco lepiej znane i rozpoznawalne, była jednak spora.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Trzeci dzień to wędrówka z Lukí na szczyt Velkého Kosířa. Cały czas szlakiem zielonym z ewentualnymi boczkami krajoznawczymi. Raptem 21 km i tylko ok. 400 m sumy podejść. Po drodze głównie las, dolina rzeki Šumicy, jedno z niewielu stanowisk archeologicznych w Sudetach związanych z Celtami (świątynia celtycka nad Ludéřovem), bardzo ładne wioski Krakovec, Laškov i Ludéřov, lokalny browar w Lhocie pod Kosířem, serwujący - a jakże - piwo Kosíř.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

No i w tym dniu przed zmrokiem doszedłem na szczyt Velkého Kosířa.

Obrazek

Obrazek

Po nocce spędzonej na szczycie (namiotu nie rozbijałem ze względu na dość wcześnie odchodzący ze stacji w Čelechovicach pociąg), schodziłem w poniedziałek tylko do Čelechovíc na Hané. Trasa o długości 6 km przy praktycznie zerowym podchodzeniu. Coś tam po drodze ciekawego nawet było.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Podczas zejścia do Čelechovic nie widziałem już praktycznie Sudetów, chyba, że pod nogami i w niewielkiej odległości przede mną. Horyzont zamykała Drahanská vrchovina (Wyżyna Drahańska), której częścią jest znany wszystkim miłośnikom jaskiń Moravský kras z najbardziej znaną Macochą. Chociaż widoczne za polem kukurydzy miasteczko na tym zdjęciu, to Kostelec na Hané - najbardziej na południe wysunięte sudeckie miasto, niewielkie, ba zaledwie trzytysięczne, ale jednak miasto.

Obrazek

W Čelechovicach więcej uwagi niż nielicznym zabytkom...

Obrazek

...poświęciłem na przejrzenie książek w tamtejszej bibliotece.

Obrazek

Szybko znalazłem coś naszego. "Nasobílka snů" Haliny Snopkiewicz to nic innego jak przetłumaczona na język czeski "Tabliczka marzenia" tej polskiej autorki powieści dla młodzieży (I polskie wydanie w 1967 r.).

Obrazek

Na stacyjce kilkanaście minut czekania a później powrót. Po drodze z okien pociągów ustrzeliłem kilka nieznanych mi wcześniej austrowęgierskich dworcowych tablic z oznaczeniem wysokości - w Kostelcu na Hané i Prostejovie-městé

Obrazek

Obrazek

Obrazek

oraz tę doskonale mi znaną w Letohradzie, ale tym razem w nowym kontekście związanym z przebudową dworca (mam nadzieję, że tablicy nic się nie stanie)

Obrazek

I to właściwie byłoby wszystko, chociaż może dodam jeszcze, tzw. tytułem posumowania (Boże, jak to brzmi), kilkadziesiąt zdań.

Ale to już w nowym poście, gdyż czytam właśnie komunikat o przekroczeniu limitu znaków :(
Ostatnio zmieniony 30 lip 2019, 15:10 przez KrzysiekJ, łącznie zmieniany 5 razy
KrzysiekJ
 
Posty: 105
Rejestracja: 22 gru 2013, 01:43

Re: Mój Mont Blanc na haju..., pardon - na Hané

Postautor: KrzysiekJ » 30 lip 2019, 01:58

Dokończenie:

Cztery dni wędrówki po Wyżynie Zabrzeskiej to zero (!!!!) spotkań z turystami plecakowymi. Spacerowiczów i tzw. turystów zmotoryzowanych spotkałem tylko w Bouzovie (na zamku i strefie podzamkowych knajp) oraz w rejonie Javoříčkiej jaskini (tam było ich nawet sporo). Nawet tak często spotykanych w czeskich górach rowerzystów było jak na lekarstwo - w pierwszym dniu ani jednego. A był to lipcowy piątek! Raz minąłem się z turystami na koniach. I to wszystko. Słowem, w górach pustki, totalne!

Puste i w dodatku niewysokie góry, z wpół wymarłymi wioskami, muszą nastrajać refleksyjnie. Podczas mojej wędrówki wielokrotnie tego doznawałem. W morawskich i czeskich wioskach dużo jest pamiątek po obydwu wojnach światowych. Pomniki poświęcone dawnym mieszkańcom wsi , poległym na frontach I i II wojny światowej nie dziwią. Są normą - i tak odbierałem tego rodzaju obiekty spotykane w Městečku Trnavce, Ludéřovie, Bouzovie czy też Čelechovicach:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Ale podczas tej wycieczki pojawiały się inne "pamiątki grozy" po ostatniej wojnie. Chociażby w Javoříčku - wiosce spacyfikowanej w ostatnich dniach II w. ś. Są tam groby morawskich ofiar i symboliczne groby nigdy nie odbudowanych, spalonych domów.

Obrazek

Obrazek

I kolejne tragiczne, symboliczne "antypody" tego zdarzenia. W Městečku Trnávka na cmentarzu znajduję tablicę z informacją o linczu na dwudziestu paru niemieckich mieszkańcach miasta - kilka dni po zakończeniu wojny, jeszcze w maju 1945 r. Wśród ofiar jest i siedemdziesięcioletnia nauczycielka, i kilkunastoletni chłopiec, jego rodzice - rolnicy, jakiś szewc itp., itd. Czy to rewanż za Javoříčko?

Obrazek

Od razu myśl biegnie do innych znanych mi miejsc w Sudetach, w których miały miejsce majowe i czerwcowe pogromy cywilnej ludności niemieckiej AD 1945. Takim jakimś dziwnym standardem była liczba zamordowanych - ca. 20 osób, zwykle o kilka więcej. Tak było w Semanínie, wiosce w pobliżu Czeskiej Trzebowi...

Obrazek

Obrazek

I tak na Bukowej horze, oddalonej o rzut beretem od znanego wszystkim Adršpachskiego Skalnego Miasta.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Trochę inny charakter miały moje spotkania z św. Janem Nepomucenem. Wcześniej - w czasach fotografii analogowej - nigdy nie przesadzałem z kolekcjonowaniem zdjęć tego czeskiego świętego. Jak się napatoczył, to zrobiłem fotkę. Po przejściu na cyfrówkę przez ileś tam lat było podobnie. Jeżeli miałem zdjęcie Nepomuka, to na podobnej zasadzie jak zdjęcie ładnej chałupy w jakiejś wiosce. Kiedyś z ciekawości policzyłem, ile tych przypadkowych Nepomucenów sfotografowałem. I wyszło ich ponad sto - mało, jak na tyle lat chodzenia po Sudetach, ale obiektywnie całkiem, całkiem. Postanowiłem wtedy, że od tego czasu fotki Nepomukom będę robił, nawet wtedy, jeśli będą wybitnie niefotogeniczni. Po policzeniu za ileś tam lat, można będzie statystycznie oszacować, ile mi w przeszłości przeleciało obok obiektywu.

Tak w ogóle, to w internecie jest strona będąca biblią miłośników św. Jana Nepomucena. Kilkanaście tysięcy skatalogowanych figur, płaskorzeźb i obrazów z Polski, Czech, Słowacji i innych krajów Europy Środkowej. Na tej stronie jest zakładka z czeskimi Nepomucenami:
http://www.nepomuki.pl/nepomuk/czechy.htm

Są wśród nich i przedstawienia z rejonu mojej zabrzeskiej wędrówki. Okazało się jednak, że spośród siedmiu spotkanych przeze mnie rzeźb św. Jana Nepomucena, tylko jedna figura świętego - znajdująca się na moście na zamku Bouzov - odnotowana została na tej stronie internetowej:

Obrazek

Pozostałych nie znalazłem w tym zestawieniu. Są to Nepomuki

- z Městečka Trnávky

Obrazek

- z Bezděčí u Trnavky

Obrazek

- z Blažova

Obrazek

- z Kaděřína

Obrazek

- z Krakovca

Obrazek

- i ostatni napotkany Nepomucen z Ludeřova

Obrazek

- aha, po drodze była jeszcze okradziona z figury barokowa kaplica św. Jana Nepomucena, znajdująca się pomiędzy Laškovem a Ludeřovem

Obrazek

Pozwoliłem sobie na ten trochę rozdmuchany wątek nepomucenowy, bo to chyba najbardziej kojarzony z Sudetami święty. Nawet z polską częścią Sudetów - kto przemierzał szlaki Ziemi Kłodzkiej, ten z pewnością te słowa potwierdzi. O innych spotykanych na Wyżynie Zabrzeskiej obiektach sakralnych, niektórych naprawdę wysokich lotów, może już pisać nie będę...

Już kończę... Czy polecam innym Wyżynę Zabrzeską? Sam nie wiem... Do wielu tzw. atrakcji (Bouzov, jaskinie w rejonie Javořička) dojechać wszak można samochodem, nie poświęcając wielu godzin na przemierzanie lasów, łąk i dolin w niewysokich przecież górkach. Ale coś w sobie te wzniesienia jednak mają - jest tam taka jakaś ekscytująca pustka, nie mająca nic wspólnego z nudą; świadomość, że tak bardzo blisko są Jesioniki, że jeszcze bliżej już pozasudecka Drahanska vrchovina z jej znaną na całym świecie Macochą, Sloupskymi jaskiniami, Balcarką i Kateřinská jaskinią, powoduje, że jakoś odcinamy się (uciekamy, a przynajmniej ja) od tych wypełnionych ludźmi rejonów. Tam przecież jeszcze wiele razy będziemy, a tu - na Wyżynie Zabrzeskiej? Dwa razy? Cztery? A może już nigdy?

Kiedyś usłyszałem, że tylko wtedy, gdy się łazi po takich zadupiach, to pojawia się wypełniająca czaszkę refleksja, że tyle jest jeszcze do przejścia w Sudetach nieznanych ścieżek. I tyle polan do rozbicia na nich namiotu. W Karkonoszach i Adršpachu, ba - nawet w Górach Izerskich, się o tym nie myśli...

Chyba tam zatem jeszcze pojadę. I to nie tylko na nieznany mi jeszcze "sudeckokoronny" Lázek.
Ostatnio zmieniony 31 lip 2019, 11:48 przez KrzysiekJ, łącznie zmieniany 1 raz
KrzysiekJ
 
Posty: 105
Rejestracja: 22 gru 2013, 01:43

Re: Mój Mont Blanc na haju..., pardon - na Hané

Postautor: Mrozen » 31 lip 2019, 08:31

Na Lázku byłem (w lutym roku 2003) w warunkach, o które teraz dość trudno. Niosłem dziecko (ubrane w dwa kombinezony) na plecach i w śniegu po kolana a obok jechała Mrożonka na nartach. To była zima ...
Awatar użytkownika
Mrozen
Moderator
 
Posty: 830
Rejestracja: 22 gru 2013, 10:18

Re: Mój Mont Blanc na haju..., pardon - na Hané

Postautor: KrzysiekJ » 31 lip 2019, 11:45

Oj, była to zima! Velký vodopád v Adršpachskim Skalnym Mieście 6 marca 2003 r.

Obrazek

A na Lázka w takich zimowych okolicznościach szedłbym nawet wte i wewte z Horních Heřmanic.
KrzysiekJ
 
Posty: 105
Rejestracja: 22 gru 2013, 01:43

Re: Mój Mont Blanc na haju..., pardon - na Hané

Postautor: Koks » 31 lip 2019, 14:31

Haná to piękny region. Zwiedzałem ją intensywnie w czasie erasmusa w Ołomuńcu.

Tuż pod Košířem znajduje się miejscowość Náměšť na Hané, z którą wiąże się historia znanej czeskiej piosenki Náměšť

Właściwy tytuł tego utworu to „Krasný je vzduch”. Wyjątkowe są natomiast okoliczności jego powstania. W dniach 10-12 sierpnia 1973 w Náměšťi miał się odbyć pierwszy Hanacki festiwal folku i country. Ogromne zainteresowanie ludzi (20 000 sprzedanych biletów) wzbudziło uwagę czechosłowackiej bezpieki, która w dobie normalizacji bardzo uważnie patrzyła na tego typu przedsięwzięcia. Festiwal odwołano, ale i tak kilka tysięcy miłośników muzyki zdecydowało się przyjechać. Czekały już na nie oddziały milicji i STB. Na pamiątkę festiwalu który się nie odbył, Jaroslav Hutka napisał piosenkę – hymn, którą wszędzie później grał jako „Náměšť”.

Piosenka:
https://youtu.be/5TxkeXwAb4Y
Awatar użytkownika
Koks
 
Posty: 320
Rejestracja: 22 gru 2013, 12:26
Lokalizacja: Srebrna Góra

Re: Mój Mont Blanc na haju..., pardon - na Hané

Postautor: KrzysiekJ » 31 lip 2019, 16:32

Koks, dziękuję Ci za cenny wpis. Jaroslav Hutka w dzieciństwie przez dwa lata mieszkał w Bouzovie, jest więc jeszcze jeden element łączący tę postać z odwiedzaną przeze mnie częścią regionu Haná.

Przypomniałeś mi o pewnym zdarzeniu sprzed wielu już lat. W marcu 1990 r. otrzymaliśmy zaproszenie od studentów archeologii Uniwersytetu Palackého w Ołomuńcu na trzydniowe odwiedziny tej uczelni - była to próba nawiązania przez nich kontaktów z Niezależnym Zrzeszeniem Studentów Uniwersytetu Wrocławskiego. Sam już byłem po studiach, ale pełniłem wtedy funkcję opiekuna Studenckiego Koła Naukowego Archeologów. Jedynym możliwym wówczas sposobem na skorzystanie z tego zaproszenia i zminimalizowanie kosztów wyjazdu naszych studentów, było wpisanie tych trzech dni do programu obowiązującej studentów 9-dniowej terenowej wycieczki dydaktycznej (pierwotnie trasa wycieczki miała być zupełnie inna, oczywiście po muzeach i stanowiskach archeologicznych w Polsce). Ułożyłem program wyjazdu, którego później byłem prowadzącym. Wpletliśmy więc trzydniowy pobyt w Ołomuńcu w 9-dniową majową wycieczkę w Góry Rychlebskie, Wysoki Jesionik i - na koniec - Morawski Kras. Zaproszenie było podstawą do bezproblemowego przekroczenia granicy. Kto pamięta te czasy, ten wie, że wypady w czeskie Sudety wymagały aż do początku lat 90. podobnych procedur, jak wyjazdy do Rumunii czy Bułgarii (w latach 1982-1985 nawet większych, gdyż N. Ceaucescu jakoś mniej się obawiał importu z Polski zarazy solidarnościowej niż tow. G. Husak).

Z Ołomuńca pamiętam sympatyczną imprezę winno-piwną, koncert poezji śpiewanej (właśnie piosenki autorstwa Kryla i Hutki) oraz wyjście do kina na film "Ucho" (reż. Karel Kachyňa) z 1970 r., który w czasach socjalistycznych nie był dopuszczony do dystrybucji.

Zdjęć z tego wyjazdu mam dosyć sporo. Jedno z nich jest dla mnie dość cenne - pożegnanie w Sumperku z Armią Radziecką. Byliśmy świadkami ładowania na platformy kolejowe kilkudziesięciu czołgów i transporterów opancerzonych. A ja mam fotkę z jednym żołnierzem dyrygującym ruch pojazdów pancernych.

Obrazek

A i sweter SKPS był na swoim miejscu :)
KrzysiekJ
 
Posty: 105
Rejestracja: 22 gru 2013, 01:43


Wróć do Wyjazdy, rajdy, wyprawy... [ODBYŁO SIĘ]

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość