Sudeckie osobistości

Sudeckie osobistości

Postautor: Ivo » 13 sty 2014, 07:57

Mrozen
Wysłany: Wto Mar 04, 2008 2:29 pm
Temat postu: Sudeckie osobistości


"ZMARŁ FRIEDRICH KNEIFEL
Ostatni z gospodarzy starych Karkonoszy zmarł 26 listopada 2006 w wieku 96 lat. Przyszedł na świat w chałupie na Janowych Boudach 18 lipca 1910 roku. Mając lat osiemnaście musiał przejąć od ojca prowadzenie gospodarstwa górskiego. Aby mógł wypłacić rodzeństwo a po konfiskacie majątku w 1945 roku z powrotem wykupić swoją chałupę i łąkę dorabiał pracą w lesie przy wyrębie i zwożeniu drewna. Jako potrzebny specjalista nie był deportowany z rodziną do Niemiec. Po wojnie prowadził gospodarstwo i pracował na pełnym etacie w lesie. Ciężka rana odniesiona na froncie wschodnim nie przeszkadzała mu w wykonywaniu ciężkich prac do późnego wieku. Pięciokrotnie udało mu się uniknąć niemalże pewnej śmierci. Ale największą odwagę – według mnie - wykazał aż w wieku lat dziewięćdziesięciu: w godzinnym programie dokumentalnym „Jakim językiem mówi Pan Bóg?“ przedstawił losy swojej rodziny, los Niemca sudeckiego, predysponowanego do spokojnego gospodarzenia na łące pod Śnieżką, który pomimo tego nie uniknął dramatycznym wydarzeniom historii Europy dwudziestego wieku. Spojrzenie na powstanie Czechosłowacji i konsekwencje II wojny światowej „z drugiej strony“ wzbogacił Friedricha Kneifela o takie uczucia jak szacunek, podziw i potępienie. O wadze jego odwagi świadczy również fakt, że film był najczęściej powtarzanym programem dokumentalnym w Telewizji Czeskiej w ostatnich dziesięciu latach.
Z Friedrichem Kneifelem spotykaliście się w naszym czasopiśmie od pierwszego numeru wydanego latem 1992 roku. Niekiedy bezpośrednio, ale częściej za pośrednictwem jego wspomnień i opowieści z Karkonoszy wschodnich, które mi opowiadał w ciągu długich godzin spędzonych przy jednym stole w jego chałupie lub podczas spacerów w okolicy Janovych boud. Miał doskonałą pamięć i talent bystrego obserwatora i kronikarza. Znał nazwiska i więzi pokrewieństwa wszystkich mieszkańców Wielkiej Upy ostatnich stu lat. Opisał historię miejscowych zabudowań, wielokrotnie we wspomnieniach wracał do miejscowości Pec pod Śnieżką, Mała Upa, Temný Důl, Albeřice i innych miejscowści Karkonoszy wschodnich. Opowieści z XIX wieku powtarzane po rodzicach i prarodzicach podawał w sposób tak przekonujący jakby sam był ich uczestnikiem. Osobiście imał się najróżniejszych prac poczynając oczywiście hodowlą bydła, przez pracę drwala ręcznie rąbiącego stuletnie świerki i zwożącego je na saniach „rogatkach” (rohačky), pracę w ścieralni drewna i przy budowaniu dróg górskich a na górskiej uprawie lnu, dwuletniego żyta i suszeniu siana w najwyższych partiach gór kończąc. Poznał produkcję masła i serków górskich, produkcję sań rogatek. Opowiadał o losach przemytników i aktywności politycznej sąsiadów w krytycznych latach pierwszej i drugiej wojny światowej oraz podczas okupacji w 1968 roku. Był bez wątpienia najcenniejszym źródłem informacji jakie mogłem mieć do dyspozycji.
Zamiast smutnego pożegnania z szanowanym przyjacielem pozwolę sobie przypomnieć jeden z wielu momentów, które z Friedrichem przeżyłem. Kiedy w 1995 roku Frank Tarrant, konsul USA d/s gospodarki rolnej w Europie środkowej zażyczył sobie zwiedzić w Czechach farmę górską, zaprowadziliśmy go do Kneifelów na Janove boudy. O tym jak z gospodarzem kosili łąkę kosą pisałem w dziewiątym numerze VV. Frank Tarrant znał dobrze niemiecki więc bez przeszkód mógł dyskutować z Friedrichem o prowadzeniu gospodarstwa. Ale dopiero nad albumem rodzinnych fotografii zrozumiał Amerykanin jak skomplikowany był wiek XX dla ludzi w Karkonoszach. Przeglądając album starzec komentował wybrane fotografie: „Mój dziadek był siedem lat żołnierzem austriackim a to jestem ja w Jiczinie jako rekrut armii czechosłowackiej a na tej fotografii jestem w mundurze Wehrmachtu przed wyruszeniem na front wschodni.” Naiwne pytanie Franka brzmiało: „Czy to znaczy, że pana rodzina się tyle razy przeprowadzała?” Zapewniono go, że rodzina Kneifelów gospodarzy w Wielkiej Upie już co najmniej czterysta lat – tylko świat się zmieniał."



Jest to typowy przykład nieistniejącego górala karkonoskiego "wymyślonego przez niektórych dolnośląskich regionalistów". Problem w tym, że ten tekst pochodzi z polskiego wydania czeskiego periodyku Veselý výlet (nr 27) i został napisany przez Czecha od lat mieszkającego w Karkonoszach. Znał on bezpośrednio wielu nieistniejących górali karkonoskich i mam wrażenie, że nieco lepiej orientuje się w tematyce, niż pewni regionaliści z Poznania.
Ivo
 
Posty: 1390
Rejestracja: 12 paź 2011, 19:49

Sudeckie osobistości

Postautor: Ivo » 13 sty 2014, 07:58

Dziamdziak
Wysłany: Wto Mar 04, 2008 5:21 pm

Karel Dostál - "wiejski generał"

Karel Dostál (ur. 1750 r., zm. 1813 r.), jeden z przywódców wielkiego buntu chłopskiego we Wchodnich Czechach w 1775 r., nazywany „wiejskim generałem”, pochodził z Machovskiej Lhoty. Był synem wolnego chłopa, sam więc nie był obciążony pańszczyzną. W 1770 r. ożenił się i zamieszkał w gospodarstwie żony w pobliskim Bĕlým (w dokumentach występuje jako chałupnik i tkacz). Wkrótce został wybrany przywódcą przez chłopów polickich, dążących do zniesienia obciążeń feudalnych. W 1772 r. jeździł jako ich przedstawiciel z petycją do Wiednia, negocjował ze zwierzchnością klasztorną, udało mu się nawet uzyskać pewne ulgi. Jednocześnie zakazał chłopom rabunków i wszelkich działań „siłowych”. Jemu należy zawdzięczać, że powstanie w 1775 r., podczas którego chłopi maszerujący na Hradec Králové i Pragę splądrowali ponad 40 dworów, w rejonie Policy przebiegło stosunkowo spokojnie. Mimo to, po stłumieniu buntu Dostál musiał uciekać. Według tradycji stał pod pręgierzem na rynku w Policy, a uwolniła go w nocy żona, przecinając łańcuch siekierą. Jeszcze tej nocy uciekł na Kłodczyznę, gdzie zatrudnił się jako parobek w gospodarstwie. Po zakończeniu niepokojów w 1777 r. wrócił. Przesłuchano go ponownie i, uwzględniając jego pokojową postawę podczas buntu, skazano na krótkoterminowe więzienie. Jeszcze w tym samym roku wystąpił znów jako przedstawiciel chłopów i ponownie skazano go na miesiąc więzienia w twierdzy hradeckiej. Później żył spokojnie, gospodarząc w Bĕlým, otoczony powszechnym szacunkiem, miał synów. Jeszcze za jego życia śpiewano kramarskie pieśni o „chłopskim generale”.

_________________
SKPS - z nami w Sudety
http://www.skps.wroclaw.pl/
http://www.rebusy-sudety.cba.pl/
Ivo
 
Posty: 1390
Rejestracja: 12 paź 2011, 19:49

Sudeckie osobistości

Postautor: Ivo » 13 sty 2014, 07:58

Dziamdziak
Wysłany: Sro Mar 05, 2008 10:18 am

Zbójnicy kojarzą się raczej z Karpatami niż z Sudetami, ale ten stereotyp to zwykle jedynie efekt popularności beskidzkich opowieści, przy stosunkowo słabej u nas znajomości tradycji sudeckich. W rzeczywistości także z Sudetami związanych było wielu zbójów, których wyczyny były niegdyś sławne. I nie chodzi mi tu wcale o średniowiecznych raubritterów, ale właśnie o typowych "janosikopodobnych" zbójników, działających w XVIII i XIX w. Więcej niż u nas można o nich poczytać w Czechach lub w Niemczech, tam te tradycje są do dziś żywe.
W Czechach ukazała się popularna książka: Naďa Moyzesová, Slavné historky zbojnické. Lapkové, loupežnici a zbojníci Čech, Moravy a Slezska, Nakladatelství XYZ, 2006, w której sporo takich sudeckich postaci opisano. Może kiedyś będzie warto tych zbójów zebrać w osobnym wątku. Na razie - niech sie tłoczą wraz z innymi...

Ledříček – „Janosik Gór Orlickich”
Ledříčka, zbójnika działającego w tym rejonie w 1. poł. XIX w., nazywano tak, jako że ponoć „bogatym zabierał, a biednym dawał”. Jest to postać historyczna, której czyny i przymioty urosły do nadludzkiej miary dzięki legendzie. Mówiono na przykład, że znał ziele, które czyniło go niewidzialnym i odpornym na zranienie. Ledříček nazywał się naprawdę Josef Lederer albo Lédr, ale mało kto zna go pod tym imieniem. Był drobnej postury. Nosił czerwoną kamizelkę z białymi guzikami, skórzane spodnie, lekki furmański kabat i wysokie buty z wywiniętymi cholewami. Umiał się przebrać za gajowego, młynarczyka, a nawet za żandarma. Najczęściej mieszkał w pieczarze skały nad Dziką Orlicą, poniżej Zemskiej brány, która dziś nazywa się Ledříčkovą skálą. Pieczara ta ponoć za jego czasów była większa, niż obecnie (co jednak jest raczej tylko legendą). Ze skalnej szczeliny wyrastała potężna jodła, której korona sięgała niemal do szczytu skały. Zbójnikowi służyła ona jako naturalna drabina. Ze szczytu jodły schodził po krótkiej drabince sznurowej do jaskini.
Pewnego razu Ledříček złupił nawet pałac w Žamberku. Akcję przeprowadził tak dyskretnie, że nie zbudził się nawet mający pilnować zamkowego skarbca stróż. Pomimo, że kilka razy był schwytany, zawsze udawało mu się uciec. Raz uciekł, kiedy przewożono go z Žamberku do Rokytnicy – ten epizod znajduje potwierdzenie w urzędowym sprawozdaniu (było to 7 X 1830 r.). Swoje łupy Ledříček chował w różnych miejscach lub rozdawał biednym. Prawie 20 lat żył w górach, ciągle tropiony. Któregoś razu jednak urwała się pod nim drabinka sznurowa i Ledříček spadł na ziemię i zabił się. Jodłę, po której wchodził do swej pieczary, na rozkaz władz ścięto. Pozostały po nim, prócz opowieści, pozakopywane w górach skarby, których jednak, jak dotąd, nikomu nie udało się odnaleźć...

Ledříčkova skála to największy utwór skalny na terenie Zemskiej brány. Wznosi się przy prawym zboczu doliny, w dolnej partii przełomu. Zbudowana jest z gnejsów, ma ok. 40 m wysokości (a łącznie z wyżej leżącymi „stopniami” – niemal 80 m) i ok. 100 m szerokości. Ok. 13 m nad ziemią znajduje się „Ledříčkova jeskyně” – faktycznie jedynie 3-metrowej głębokości pieczara (o otworze 3 x 3 m).

_________________
SKPS - z nami w Sudety
http://www.skps.wroclaw.pl/
http://www.rebusy-sudety.cba.pl/
Ivo
 
Posty: 1390
Rejestracja: 12 paź 2011, 19:49

Sudeckie osobistości

Postautor: Ivo » 13 sty 2014, 07:59

Mrozen
Wysłany: Czw Mar 06, 2008 3:28 pm

Kapłan czarownic - Krzysztof Alojzy Lautner

W roku 2000, czyli 320 lat po śmierci, w następstwie apelu Jana Pawła II aby kościół rozliczył się i przeprosił za ciemne karty swej historii, Krzysztof Alojzy Lautner został zrehabilitowany przez ołomunieckiego arcybiskupa Jana Graubnera. Podkreślił on jednak, że ważną rolę w tragicznych, siedemnastowiecznych wydarzeniach u podnóży Jeseników spełniła z władza świecka.
Poniżej przytoczę fragment artykułu, jaki popełniłem dziesięć lat temu dla Pielgrzymów – „Wielkie polowanie – o czarownicach, sabatach i płonących stosach”. Po odświeżeniu i korekcie mam nadzieję umieścić go w naszej cyfrowej bibliotece.
"Kapłan czarownic - Krzysztof Alojzy Lautner
18 września 1998 r. minęło 313 lat od spalenia šumperskiego dziekana i proboszcza Krzysztofa Alojzego Lautnera. Urodził się w Šumperku, najprawdopodobniej w 1622 r. /podczas pierwszego przesłuchania, które odbyło się w 1680 r., zeznał że ma 58 lat/, a jego rodzice nosili imiona Zachariasz i Dorota. Po ukończeniu szkoły miejskiej w Šumperku zaczął uczęszczać do szkół łacińskich w Ołomuńcu. Tam też po raz pierwszy odczuł powołanie kapłańskie. Dzieciństwo i młodość Lautnera przypadły na lata wojny trzydziestoletniej. Był to czas głodu, epidemii, gwałtu i strasznego zdziczenia obyczajów. Ten właśnie upadek moralny i niepewność istnienia przyczyniły się do umocnienia wiary w moc szatana i wydały straszny owoc w postaci „polowania na czarownice”. W 1642 r. Ołomuniec został zdobyty przez Szwedów i Lautner postanowił opuścić pustoszone przez wojnę Morawy. Jak później sam o sobie mówił: „był człowiekiem pokoju i pióra, a nie miecza i nie chciał nosić muszkietu”. Najpierw udał się do Landshut w Bawarii, skąd uciekł przed Szwedami do Wiednia, gdzie po czteroletnich studiach uzyskał tytuł magistra. Następnie przez dalsze trzy lata kontynuował naukę w Grazu w Styrii. Święcenia kapłańskie otrzymał przebywając już z powrotem w stronach rodzinnych w 1656 r. Tylko przez dwa lata był kapłanem w Ołomuńcu i już w 1658 r., w okresie wielkiego braku księży po zakończeniu wojny trzydziestoletniej i dzięki swym zdolnościom, został ustanowiony proboszczem w Dolnej Moravicy niedaleko Rýmařova, skąd w roku 1663 przeszedł do Osoblachy. Kierując się prośbą swojego przyjaciela z młodości, farbiarza Kacpra Sattlera, późniejszego burmistrza Šumperku, wrócił do tego miasta w 1668 r. Do chwili swego aresztowania w dniu 18 sierpnia 1680 r. przez 12 lat był powszechnie lubianym duchowym pasterzem miejscowej wspólnoty parafialnej. Šumperski proboszcz był człowiekiem skromnym i wykształconym. Po aresztowaniu przeprowadzono spis majątku dziekana i znaleziono u niego zaledwie kilka sztuk odzieży, półkę z instrumentami muzycznymi /ksiądz miał szczególne zamiłowanie do muzyki, był częstym gościem rodziny Sattlerów i muzykował wraz ze swym przyjacielem Kacprem/, przyrządy astronomiczne oraz 322 książki, co na ówczesne czasy było olbrzymią biblioteką. Oprócz ksiąg teologicznych były tam dzieła historyczne, prawnicze, podróżnicze i klasyka antyczna - w językach: niemieckim, francuskim, włoskim, czeskim i po łacinie. Znajdował się tam również słynny podręcznik dla inkwizytorów - Malleus Maleficarum - „Młot na czarownice”, a także dzieło innego eksperta w dziedzinie czarownic - Martina Delria. Świadczy to o tym, że Lautner był dobrze obeznany z problematyką procesów o czary /przed egzekucją wyznał spowiednikowi ojcu kapucynowi Krescentiowi, że studiował księgi inkwizytorów, aby tym gorliwiej przeciw nim kazać/. Musiał być również człowiekiem o poglądach humanistycznych i tolerancyjnych, o czym świadczy fakt, że 42 z jego książek można było uznać za wręcz heretyckie z punktu widzenia ówczesnego Kościoła. Jest bardzo prawdopodobne, iż pomiędzy nimi znajdowało się dzieło niemieckiego poety, jezuity Fryderyka von Spee p. t. Cautio criminalis, wydane w 1631 r., ostro krytykujące procesy czarownic /a zwłaszcza stosowanie w nich tortur/ i uznane przez inkwizytorów za szczególnie szkodliwe.
W Niedzielę Palmową 1678 r. żebraczka z Verniřovic odniosła hostię zabraną z sobotínskiego kościoła i podała ją krowie, należącej do miejscowej akuszerki Doroty Groer. Zgodnie z ludowym przesądem krowa po zjedzeniu hostii powinna dawać więcej mleka. Na nieszczęście zauważył to ministrant, który zawiadomił o wszystkim kościelnego, a kościelny miejscowego proboszcza Schimdta. Nadgorliwy proboszcz doniósł o całej sprawie hrabiance z Velkich Losin, Angelinie Sybilli Galle z rodu Žerotínów, starszej, przesądnej kobiecie. Ona to za radą starosty wezwała z Ołomuńca człowieka mającego za sobą długoletnie już doświadczenie w polowaniach na czarownice - Franciszka Henryka Bobliga, który w krótkim czasie umiejętnie zaraził północne Morawy „gorączką czarownic”. W ten sposób doszło do konfrontacji księdza - humanisty i fanatycznego inkwizytora.
Lautner wykorzystując kazania podjął się pośredniej, a później i otwartej, obrony swych parafian oskarżonych o czary w dobrach Žerotínów w roku 1678. W 1679 r. po rozszerzeniu polowania na Šumperk otwarcie wystąpił przeciw Bobligowi. Była to jednak walka nierówna. W niedługim czasie została oskarżona o czary i aresztowana gospodyni proboszcza Zuzanna Voglicková. O ile w zeznaniach z pierwszych procesów nazwisko Lautnera nie pojawia się jeszcze, to od 1679 r. jest często wymieniany przez oskarżonych /dopiero przy drugim lub trzecim przesłuchaniu - po zastosowaniu tortur/ jako uczestnik sabatu na Petrových kamenech. Najpierw wskazała go własna gospodyni, zeznając, że razem uczestniczyli w sabacie. Stosując tortury, Boblig bez trudności „wkładał w usta” umęczonym ofiarom zeznania, jakich potrzebował. Tak więc na sabacie doszło do profanowania hostii, koronowania królowej czarownic, chrztu dzieci w imię szatana oraz niemoralnych orgii. Dysponując wymuszonymi zeznaniami 30 osób inkwizytor przedłożył oskarżenie przeciw Lautnerowi praskiemu sądowi apelacyjnemu, w którym miał znaczne poparcie. Odwrócił się także od proboszcza jego zwierzchnik - biskup Karol II Lichtenštein - Castelcorn. „Dojście” do biskupa inkwizycja znalazła zapewne za pośrednictwem jego osobistego sekretarza Eliasza Izydora Schmidta, brata sobotínskiego proboszcza Euzebiusza Leandra Schmidta, od którego cała afera się zaczęła /zupełnie „przypadkiem” objął on później stanowisko Lautnera/. Izydor Schmidt pojawia się następnie jako członek biskupiej komisji śledczej, w której główną rolę pełnił oczywiście Boblig, a innymi jej członkami byli dziekan z Mohelnic, kolega szkolny Lautnera - dr Jerzy Wojciech Winkler i były biskupi mistrz ceremonii Piotr Reharmondt. Ponieważ komisja bała się, że aresztowanie lubianego proboszcza spowoduje zaburzenia w Šumperku, zwabiono go podstępnie na przyjęcie do Mohelnic w dniu 18 sierpnia 1680 r. Tam, ku zaskoczeniu Lautnera, mírovski starosta Kotulínski, położył przed nim nakaz aresztowania podpisany przez biskupa. Więźnia pod eskortą muszkieterów natychmiast zabrano do więzienia na zamku w Mírovie.
Pierwsze przesłuchania zakończyły się dla Bobliga fiaskiem. Oskarżony spokojnie wysłuchał wymuszonych na świadkach zeznań, nie złamały go również przeprowadzone później konfrontacje na zamku w Losinách i w Šumperku /mimo że na pewno wstrząsnęły nim niedorzeczne zeznania bliskich osób - Kacpra Sattlera, najprawdopodobniej najbogatszego mieszczanina w Šumperku, spalonego następnie wraz z żoną i osiemnastoletnią córką, i gospodyni Zuzanny, z której trybunał czynił świadka koronnego/. Nie złamały Lautnera również dwa lata spędzone w ciężkim więzieniu /1681 i 1682 r./. Inkwizytorowi nie pozostało nic innego, jak przystąpić do tortur. Rozpoczęły się one w šumperskim więzieniu w dniu 8 marca 1683 r. Najpierw oskarżonemu założono rękawice i przez pół godziny miażdżono mu palce u rąk. Lautner nie przyznał się, więc tortury kontynuowano przez dwa dni ale bez skutku. Przystąpiono do drugiego stopnia męczarni - kat zastosował „hiszpański but” i przez trzy kwadranse miażdżył oskarżonemu kości goleniowe. Gdy po dalszych dwóch dniach tortur z księdza nie wydostano nic poza stwierdzeniem, że jest niewinny, zgodnie z prawem powinien być wypuszczony na wolność. Boblig nie mógł jednak przyznać się do porażki, w związku z tym rozpuścił wiadomość, że chodzi o szczególnie groźnego czarownika, któremu sił dodaje sam diabeł i zaczął gromadzić przeciw Lautnerovi nowe „dowody”. W połowie 1683 r. proboszcza przewieziono z Mírova do nowo zbudowanego więzienia w Mohelnicach. Przesłuchania stały się częstsze, a oskarżonemu czytano co też nowe ofiary inkwizycji przeciw niemu zeznały. Ksiądz nie poddawał się i wskazywał na rozbieżności w zeznaniach. Wszystko na nic, gdyż inkwizytor wszelkie nieścisłości wyjaśniał diabelskimi czarami. Trybunałowi pozostały tylko tortury. W dniu 14 czerwca 1684 r. Lautnera przewieziono do šumperskiego więzienia i przystąpiono do trzeciego stopnia tortur - rozciągania na drabinie. I tym razem bez skutku. Przed torturami spytano go, co sądzi o zeznaniach 36 osób, które zeznawały przeciw niemu. Odpowiedział: „Uznaję, że zeznawały o mnie, co jednak o mnie powiedziały, do tego się nie przyznaję”. Tortury powtórzono - tym razem u nóg zawieszano mu ciężary. Tego już nie wytrzymał i przyznał się do wszystkiego, czego chcieli jego oprawcy. Na drugi dzień odwołał wszystkie zeznania, ale po groźbie powtórzenia tortur, wycofał się z tego. Skapitulował po dwóch tygodniach przesłuchań i męczarni trzeciego stopnia. Teraz, tak jak inni oskarżeni, wolał śmierć niż dalsze tortury. Bez skutku pozostało odwołanie do biskupa, w którym zawiadamiał, że przyznał się do czegoś, czego nie popełnił. Odpowiedzią był rozkaz do komisji śledczej, aby wydała wyrok. Trybunał ogłosił go 1 września 1685 r. Osiem dni później arcybiskup Ołomuńca wyrok potwierdził.
Tragedia Lautnera zakończyła się w Mohelnicach 18 września 1685 r. Najpierw wbrew swym protestom został haniebnie zdegradowany w miejscowym kościele przez ołomunieckiego biskupa Breunera. Potem wsadzono go na wóz i pod silną strażą stu muszkieterów przewieziono na miejsce kaźni /na peryferiach miasta - dzisiaj w tym miejscu jest park /. Zgromadziło się tam około 20 tys. ludzi. Kat chcąc skrócić męki księdza, przywiązał mu do szyi woreczek z prochem. Niewiele to jednak pomogło i šumperski proboszcz spłonął żywcem. W ostatnich słowach przed śmiercią mówił do tłumu, że jest niewinnym męczennikiem. Później, gdy wśród ludzi zaczęły szerzyć się takie opinie, inkwizytorzy odpowiadali, że i diabeł ma swych męczenników. Dobrej pamięci o Lautnerze bronił po jego straceniu šumperski spowiednik proboszcza, dominikanin P. Marquart, który później - na szczęście bezskutecznie - został oskarżony przez Bobliga o czary.
Nieugięty proboszcz z Šumperku został bohaterem powieści Wacława Kaplickiego „Młot na czarownice” i filmu Otakara Vávry pod takim samym tytułem, zaś na skraju mohelnickiego parku stoi pomniczek poświęcony jego śmierci."
Ivo
 
Posty: 1390
Rejestracja: 12 paź 2011, 19:49

Sudeckie osobistości

Postautor: Ivo » 13 sty 2014, 07:59

Mrozen
Wysłany: Pią Mar 07, 2008 4:34 pm

No to może jakaś choć trochę weselsza postać, choć oczywiście nie wszyscy w nią uwierzą, gdyż mowa o kolejnym nieistniejącym góralu karkonoskim. Tradycyjnie opisany jest przez Czecha (Pavel Klimeš, nr 22 Veselego vyletu)

"HERBERT BERGER - GÓRAL Z RICHTEROVYCH BOUD

Większą część życia spędził na szczytach Karkonoszy. W chałupie po przodkach tuż koło Výrovki w lutym bieżącego roku Herbert Berger, w pełni sił witalnych, obchodzić będzie siedemdziesiątą rocznicę urodzin. Z jedną z jego trzech córek, z tą średnią długo siedziałem w jednej ławie szkolnej. Dziwiło mnie, że ojca nazywa dziwnym imieniem. Dopiero znacznie później zrozumiałem, co znaczy być zapomnianym Niemcem w Czechach. Wszystkie trzy umiały znakomicie jeździć na nartach a pomimo tego nie raz przyszły do szkoły całe mokre. Ponoć nie mogły się przedrzeć przez głęboki śnieg w dół z Růžohorek, gdzie mieszkały. Większość z nas nie miała pojęcia o tym miejscu i nic nie wiedzieliśmy o tym, jak ciężka a zarazem piękna może być droga do szkoły. Później zaprzyjaźniłem się z Herbertem mogłem więc zwięźle zapisać jego życiorys.
Bergerowie przyszli do Karkonoszy w XVI wieku wycinać las dla potrzeb cesarskich kopalń w Kutnej Horze. Na najstarszym spisie osadników Wielkiej i Małej Upy z 1644 roku są zapisani aż dwaj: Elias i Zacharias Berger. W miejscowości Pec pod Śnieżką od ich nazwiska została nazwana Bergerseite - dzisiejsza Malá Pláň. Herbert Berger urodził się w środku tej miejscowości w ówczesnym sklepie kolonialnym, stojącym do 1980 roku w miejscu dzisiejszej galerii Veselý výlet. W domu było ich siedmioro. Wkrótce przeprowadzili się do Glockenhausu (chałupy z małą dzwonnicą) dziadka Stefana na Wielkiej Pláni. Ojciec Georg Berger ukończył inżynierię maszyn na politechnice i chciał podjąć pracę w Bawarii. Jego młodszy brat Franz dostał już w 1931 roku starą letnią chałupę w najwyższym punkcie Richterovych Boud. Budynek przystosował do zamieszkiwania przez cały rok. Ale nie podobało mu się mieszkanie na tak odległym miejscu. W roku 1939 bracia zamienili się chałupami. Powozem wywieziono rodzinę i rzeczy Georga na Richterovki a w drodze powrotnej zwieziono rzeczy rodziny Franza. Mając pięć lat znalazł się Herbert na wysokości 1250 m n.p.m., gdzie ani wówczas zbyt wielu ludzi nie mieszkało przez cały rok. O trudnych warunkach klimatycznych świadczy tragedia, podczas której zaledwie sto metrów pod ich chałupą zasypała lawina dwóch chłopców z Berlina. Do dnia dzisiejszego na dnie doliny Zelený důl przypominają tę tragedię dwa małe dębowe krzyże.
Wszystko uległo zmianie, kiedy II wojna światowa dotarła aż na Reichterove boudy. Ojciec został powołany do armii najpierw jako technik na lotnisko a na samym końcu wojny znalazł się na froncie. Były to złe czasy. Najstarszy brat zginął. Matka zmarła latem 1945 roku a wszyscy sąsiedzi musieli odejść. Dzieci zostały w chałupie same. Najstarsza Edyta miała piętnaście lat. Najmłodszy Erich nie miał jeszcze siedmiu lat. Cały rok nie chodzili w ogóle do szkoły. Dzieci żyły z pożyczek. Głównym kucharzem był Herbert. Potem stał się cud. W roku 1948 wrócił z rosyjskiej niewoli Georg. Deportacja Niemców skończyła się już przed rokiem więc zostali na Richterovych boudach. W odróżnieniu od ojca dzieci stzybko nauczyły się mówić po czesku. Ale i tak nie mogły uczęszczać do szkoły. Herbert miał sobie wybrać pracę w jednym z trzech zawodów: drwal, górnik, pomocnik budowlany. W tym okresie już puste chałupy w górach zaczęli zajmować miłośnicy romantyki życia na łonie natury. Ówczesny niedzielny sąsiad - policjant z Trutnova kilkakrotnie pomógł Bergerom. Pomógł również Herbertowi, by mógł się kształcić na kucharza. Szkołę ukończył w 1951 roku, ale stale nie posiadał obywatelstwa. Jeszcze w 1948 roku umówili się z ojcem, że jak tylko spłacą długi odjadą do Niemiec. Herbert czuł się bardzo osamotniony. Ale Georg z czasem się powtórnie ożenił i zapomniał o chęci opuszczenia Rechterowych boud. Wykupił skonfiskowaną chałupę i zaczął prowadzić gospodarstwo jak przed wojną. W tej sytuacji Herbert wyruszył do Niemiec sam. Na piechotę dotarł do Berlina. W zonie rosyjskiej schował sobie rzeczy i przeszedł do zony angielskiej. W dobrym hotelu pokazał czeski dyplom kucharza i stał się jednym z dziesięciu hotelowych kucharzy. Po pewnym czasie wrócił po swoje schowane rzeczy, ale ludzie, u których miał je schowane zdradzili to policji. Herbert uciekł, ale tuż przed celem złapali go żołnierze rosyjscy, zbili i zamknęli w izolatce. Po upływie trzech miesięcy był w Czechosłowacji sądzony i skazany za opuszczenie kraju i nielegalne przekroczenie granic. Działo się to zaledwie cztery lata po deportacji ostatnich Niemców. W wieku siedemnastu lat przeżył trzynaście miesięcy najcięższego więzienia w Jáchymovie. Wydobywał węgiel głównie w złą sławą okrytej kopalni Prokop. Po powrocie na Richterovy boudy przyszła po niego czerwona policja - musiał pracować w gospodarstwie rolnym i codziennie rano i wieczorem meldować się na posterunku. Służbę wojskową odbywał w specjalnych oddziałach pomocniczych nazywanych Czarni Baroni, ale jako zawodowy kucharz szybko dostał się do kuchni. Tym większe było jego zdziwienie, kiedy po wyjściu do cywila zakazano mu pracować jako kucharz. Wrócił do Karkonoszy do miejscowości Pec pod Śnieżką, gdzie w domu wypoczynkowym dostał miejsce magazyniera. Ponieważ nie mogli tam znaleźć dyplomowanego kucharza wkrótce był magazynierem w kuchni. Polityczna odwilż znajdywała swe odbicie w życiu zwykłych ludzi. Na Richterovych boudach poznał to ojciec Georg, któremu pozwolono przenocować gości a Herbert w 1960 roku stał się zarządcą schroniska górskiego Milíř przy drodze do doliny Modrý důl.
Członkiem górskiego pogotowia ratowniczego jest już od czterdziestu lat - dzisiaj jako weteran ze złotą odznaką. Już w 1964 roku marzył o karierze zawodowego ratownika, ale ówczesny szef pogotowia Oťan Štětka rzekł mu bez skrupułów, że z jego kadrowym profilem nie może być o tym ani rzecz. Umówił go jednak na spotkanie z dyrektorem Miroslavem Klapką zakładającym Karkonoski Park Narodowy. Herbert Berger stał się pierwszym strażnikiem parku narodowego w Czechach. Jego rewir sięgał od Czarnej Góry po Rýchory - czyli obejmował jedną trzecią całych Karkonoszy czeskich. Ze współpracownikami z zarządu zaczęli od wytyczenia granic parku i rezerwatów przyrodniczych, stawiania tablic informacyjnych, likwidowania starych wysypisk i przekonywania ludzi o potrzebie chronienia przyrody. W owych czasach hałdy popiołu i żużlu oraz stosy puszek od konserw były przed każdym schroniskiem, samochody jeździły nawet w najwyższych partiach gór po zniszczonych drogach a kwiaty zrywał kto chciał.
Małżonka Marie w roku 1966 wzięła w dzierżawę gospodę Růžohorky stając się jednym z pierwszych prywatnych dzierżawców. To było wielkie wydarzenie i kolejnych sześć lat przeżyli tutaj najpiękniejszą część życia. Z pracy mieli taką radość, że hotelik był czynny przez cały rok. Niekiedy za cały dzień zajrzał tylko jeden gość, kiedy indziej przyszło ich tysiąc. W zimie codziennie rano Herbert i obie córki zakładali narty i zjeżdżali przez las na Karlův Vrch i dalej po ścieżce do miasteczka Pec. Ojciec ciągnął sanie „kanady“ pełne bielizny pościelowej świecąc przy tym lampą przymocowaną na czole córkom na drogę. Córki wkrótce jeździły lepiej niż on i żartowały, że przez niego spóźnią się do szkoły. Kruche chwile wolności znowu się skończyły i politycznie podejrzany Herbert Berger znal sobie nową pracę - zarządcy zakładowego domu wypoczynkowego Prvosenka na Liščí louce. Chronił go dyrektor. Jak tylko dyrektor zmarł - personalny wyrzucił go z pracy.
Ale wówczas był już umówiony z Zarządem Obiektów Sportowych ČSTV (Czechosłowacka Kultura Fizyczna), że podejmie się próby uratowania schroniska Luční bouda. Z całą rodziną zabrali się do pracy i pomimo braku zainteresowania ze strony właściciela obiektu, uczynili z największgo tak wysoko położonego schroniska i tak źle dostępnego dobrze prosperujący obiekt. Znowu piekło się tutaj wielkie rogale, czynna była restauracja, bufet i winiarnia, noclegi były dostępne dla każdego.
Po śmierci ojca Georga w 1984 roku chałupę razem z krową przejął brat Erich. Od tej chwili po Herbercie zarządzał Luční boudą. W listopadzie 1990 roku kawałeczek pod Richterovymi boudami zabił się w terenowym samochodzie. Spieszył się do miasteczka na zebranie publiczne , by poprzeć kandydaturę brata na starostę miasteczka Pec. Starostą Herbert nie został, ale razem z córką i zięciem kupili zniszczoną Hospodę Na Peci i byłą siedzibę sołtysa wyremontowali. Na Sylwestra 1992 roku po latach starą i sławną gospodę ponownie otworzyli. Kiedy Herbertowi zmarła żona powrócił na szczyty, by przejąć chałupę po ojcu leżącą wysoko nad miasteczkiem. Znowu do Horskiego Dvoru na Richterowych Boudach przyjeżdżają goście tak jak za czasów stryja Franza, ojca Georga i brata Ericha. Podczas ostatniej wizyty zapytałem przyjaciela, komu Horský dvůr przekaże. Na dworze była brzydka pogoda, gęsta mgła sięgała aż pod samą chałupę. Oświetlona rannym słońcem Liščí hora sterczała jak wyspa z morza chmur. Herbert na piękno tej sceny spoglądał poprzez kwitnące jeszcze na parapecie pelargonie i po długiej zadumie odpowiedział, że jeszcze nie wie. Jakby ciążyła nad nim 400- sto letnia historia rodu Bergerów w Karkonoszach."
Ivo
 
Posty: 1390
Rejestracja: 12 paź 2011, 19:49

Sudeckie osobistości

Postautor: Ivo » 13 sty 2014, 08:00

Dziamdziak
Wysłany: Czw Mar 13, 2008 1:06 am

Dušan Samo Jurkovič... i Sudety

Postać tego słowackiego architekta (a także projektanta mebli i etnografa) polskim turystom kojarzy się przede wszystkim z cmentarzami z I wojny światowej w Beskidzie Niskim. Jego najważniejsze dzieła to budynki uzdrowiska w Luhačovicach (1901-14), willa własna w Brnie (często naśladowana), czy monumentalne pomniki – mogiła Štefanika na Bradle, jego pomnik na miejscu katastrofy lotniczej pod Bratysławą. Po I wojnie światowej był także konserwatorem zabytków, projektował odbudowy i rekonstrukcje zamków (m.in. Zvoleň, Kunĕtcká hora, Bratysława, Zbraslav). Mniej znana jest jego działalność u stóp Gór Orlickich.

Dušan Samo Jurkovič urodził się 23 IX 1868 r. we wsi Turá Lúka koło Myjavy na Słowacji. Studiował w Wiedniu (1884-88), w 1899 r. zamieszkał w Brnie. Tworzył głównie w duchu secesji, będąc równocześnie pod wpływem idei słowackiego odrodzenia narodowego (co wyniósł z domu). Na jego twórczości zaważyła pochodząca jeszcze z okresu studiów fascynacja sztuką ludową, zwłaszcza słowacką. Ponieważ starał się stworzyć słowacki styl narodowy, porównuje się go często do Stanisława Witkiewicza. Czerpał inspirację również z angielskiego ruchu „Arts and Crafts”. Zmarł 21 XII 1947 r. w Bratysławie.

W latach 1900-01 Jurkovič pracował nad projektem letniej willi dla córki fabrykanta Roberta Barthelmusa z Bratysławy w modnym wtedy, a dziś niemal zapomnianym uzdrowisku klimatycznym Rezek. Ta maleńka osada leży 2 km na wsch. od Novego Mĕsta nad Metują. W willi tej zaprojektował po raz pierwszy hall wzorowany na rozwiązaniach angielskich. Zlecenie to zaowocowało nie tylko budową, ale i związkiem architekta z ową córką, Boženą (ur. 1883, zm. 1965) i małżeństwem w 1903 r. W pewien sposób przypieczętowało to związki architekta z tym regionem.


Jego kolejne dwa zlecenia pochodziły od rodziny Bartoňów i wiązały się z uznaniem, jakie zyskala willa w Rezku. W latach 1908-09 zaprojektował dla nich przebudowę starego młyna w Pekle w dolinie Metuji na gospodę turystyczną, a w latach 1908-13 zajmował się przywracaniem świetności zamkowi w Novym Mĕście, który odtąd stał się rezydencją tej rodziny. Jurkovič projektował tu także ogrody (z efektownym drewnianym mostem) i wypracował koncepcję wystroju wnętrz, zatrudniając do ich wykonania wybitnych przedstawicieli czeskiej secesji. Stworzył tu naprawdę udane dzieło – zachowując i odkrywając, na ile to było możliwe, walory renesansowego zamku, uzupełnił je harmonijnie sztuką nowoczesną.


Czwarte zlecenie zostało wykonane niejako przy okazji tej wielkiej pracy, na prośbę náchodskiego oddziału Klubu Czeskich Turystów. Był to projekt schroniska z wieżą widokową na Dobrošovie, wykonany w 1912 r., a zrealizowany (niestety, z uboższym niż planowany wystrojem wnętrz) dopiero w 1924 r.

Obrazek Obrazek

Trzeba zaznaczyć, że wszystkie tutejsze projekty obejmowały nie tylko architekturę, ale także wystrój wnętrz wraz z meblami, co było zgodne z wyznawaną przez Jurkoviča ideą Gesamtkunstwerku („dzieła kompleksowego, pełnego”).
Willa na Rezku była inspirowana architekturą ludową Ukrainy Zakarpackiej, gospoda w Pĕkle nawiązuje do innego „turystycznego” dzieła Jurkoviča – budowli na Radhošcie z lat 1898-99. W schronisku na Dobrošovie pojawiły się, prócz tradycyjnych, elementy modernistyczne (m.in. przysłonięta gontem, ale jednak odsłaniająca się w zwieńczeniu żelbetowa konstrukcja wieży).

Wszystkie cztery sudeckie budowle D. Jurkoviča można do dziś podziwiać.

Bogate informacje o architekcie:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Du%C5%A1an_Jurkovi%C4%8D
http://www.jurkovic.cz/ (z tej strony pochodzą zdjęcia willi na Rezku)
Zdjęcia zamku i ogrodów w Novym Mĕście pochodzą z różnych stron turystycznych.

_________________
SKPS - z nami w Sudety
http://www.skps.wroclaw.pl/
http://www.rebusy-sudety.cba.pl/
Ivo
 
Posty: 1390
Rejestracja: 12 paź 2011, 19:49

Sudeckie osobistości

Postautor: Ivo » 13 sty 2014, 08:01

Mrozen
Wysłany: Czw Mar 13, 2008 11:53 am

A tu można obejrzeć zdjęcia słynnych cmentarzy wojennych Z Beskidu Niskiego zaprojektowanych przez Duszana Jurkoviča:
http://www.skps.wroclaw.pl/galeria/222_ ... index.html
Ivo
 
Posty: 1390
Rejestracja: 12 paź 2011, 19:49

Sudeckie osobistości

Postautor: Ivo » 13 sty 2014, 08:01

Mrozen
Wysłany: Nie Mar 27, 2011 9:49 am

Wyrzeźbiona w drewnie głowa najsłynniejszego karkonoskiego listonosza - Roberta Fleissa.
http://www.skps.wroclaw.pl/index.php?fu ... ll&no=3052
Rzeźba znajduje się w Muzeum Sportu i Turystyki w Karpaczu. Najprawdopodobniej została wykonana w Szkole Snycerskiej w Cieplicach.

Obrazek
_________________
SKPS - z nami w Sudety
http://www.skps.wroclaw.pl/
http://kunstkamerasudecka.blogspot.com/
Ivo
 
Posty: 1390
Rejestracja: 12 paź 2011, 19:49

Re: Sudeckie osobistości

Postautor: Mrozen » 16 lut 2018, 21:53

"Sudeckie pomniczki – tablica Adolfa Lorenza"
https://kunstkamerasudecka.blogspot.com ... dolfa.html
Awatar użytkownika
Mrozen
Moderator
 
Posty: 2028
Rejestracja: 22 gru 2013, 10:18

Re: Sudeckie osobistości

Postautor: Mrozen » 17 mar 2018, 21:51

"Chrystus narodził się w Betlejem k. Jerozolimy, czy w Betlejem k. Nazaretu? Współtwórca „aryjskiego chrześcijaństwa” z Görlitz (k. Zgorzelca)"
https://kunstkamerasudecka.blogspot.com ... jem-k.html
Awatar użytkownika
Mrozen
Moderator
 
Posty: 2028
Rejestracja: 22 gru 2013, 10:18

Następna

Wróć do Sudety ogólnie i przekrojowo

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości