Mrozen pisze:"Beneficjenci kryzysu w Zatoce: od amerykańskich koncernów po chińskich armatorów
"(...) 10 dni po rozpoczęciu amerykańsko-izraelskiej operacji w Iranie cena ropy przekroczyła 100 dol. za baryłkę, a potem momentami zbliżała się do 120 dol. Jak wynika z analiz Bloomberga, na tej sytuacji najbardziej skorzystały amerykańskie koncerny z branży energetycznej, takie jak ExxonMobil czy Chevron. Każdy wzrost ceny ropy o 10 dol. to dla nich miliardy dolarów dodatkowego cash flow rocznie.
Na wojnie w Zatoce Perskiej zarobił też amerykański sektor LNG (skroplonego gazu ziemnego). Firmy, takie jak Cheniere Energy i Venture Global LNG wykorzystały różnice cen – surowiec ten w USA pozostawał kilkakrotnie tańszy niż w Europie czy Azji. W efekcie eksport stał się rekordowo opłacalny, a według ubiegłotygodniowych danych Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA), amerykańskie terminale LNG działały blisko pełnych mocy, przy wyraźnie wyższych marżach niż przed wojną. Jak wskazują analizy IEA, na sytuacji geopolitycznej skorzystali też producenci paliw spoza Stanów Zjednoczonych, np. koncerny takie jak Shell i BP oraz firmy z Norwegii czy Brazylii."
https://www.bankier.pl/wiadomosc/Benefi ... e_vignetteZa benzynę na stacjach i amunicję płacą podatnicy, nie koncerny.
Z tego co pamiętam to Trump swoich działań nie osłania ekologią...
Widzisz, tylko że mi nie chodzi o to, że Kaczyński jest lepszy od Tuska, ale o to, że w przypodobaniu się „zmotoryzowanym” pasibrzuchom koalicja rządząca reprezentuje taki sam poziom populizmu, a ponoć miało być lepiej.
Co do wspierania ekologii to wypowiem się nie jako ekspert i znawca tematu, ale prywatnie i subiektywnie, jako częsty klient Polskich Kolei Państwowych i różnych innych spółek kolejowych.
Otóż tak się składa, że od 13 lat co najmniej kilkanaście razy do roku podróżuję z rowerem po Polsce. W tym czasie niestety obserwuję, jak w zasadzie wszystko zmieniło się w podejściu do rowerzysty na kolei na gorsze, mimo szumnych zapewnień o wspieraniu transportu ekologicznego i podziękowaniom za zaoszczędzone zużycie CO2 na biletach.
Tak się składa, że na dalsze wyprawy, „realizowane” przy pomocy składów PKP IC bilety kupujemy zawsze z 30-dniowym wyprzedzeniem, w pierwszym możliwym terminie, bo bilety rowerowe wyprzedają się na pniu już pierwszego dnia sprzedaży. Oczywiście rozumiem, że obowiązuje tu zasada „kto pierwszy ten lepszy” i nie mam o to do nikogo pretensji. Jednak tak się składa, że dostępność miejsc dla rowerów na „oblężonych” trasach często nie tylko nie powiększa się, ale wręcz spada. Podam jeden przykład z autopsji - ponad miesiąc temu kupowaliśmy z żoną bilety kolejowe od stacji Augustów do stacji Warszawa Wschodnia. Niestety na w/w połączenie o godzinie 7 rano pierwszego dnia sprzedaży pozostało wolne już tylko jedno miejsce dla roweru, wykupiliśmy więc to jedyne wolne plus zwykłe miejsce siedzące licząc na to, że na rower uda się dokupić bilet u konduktora w zwykłej cenie. Pociąg, którym przyszło nam jechać to połączenie z Suwałk, przez Augustów, Białystok, Warszawę i Poznań do Świnoujścia. Szczyt sezonu (niedziela 16 sierpnia), a pociąg prowadzi wagon rowerowy tylko z sześcioma hakami. Oczywiście ktoś powie, że można pojechać innym pociągiem, ale z Augustowa na południe, nawet w sezonie letnim wyrusza tylko 7 składów na dobę, w tym 4 Przewozów Regionalnych, które docierają tylko do Białegostoku, a tu trzeba wrócić na poniedziałek do Wrocławia do pracy. Celowo więc wybraliśmy najwcześniejszy pociąg IC (z Augustowa wyrusza o 5.50 rano) przewidując, że przetłoczenie w nim (przynajmniej na odcinku do Warszawy) będzie niewielkie. Założenie to sprawdziło się, bo pociąg był w połowie pusty, tzn wiele miejsc siedzących wolnych, nie wspominając już o tym, że nikt nie „okupował” korytarzy. To jednak nie przekonało Pani konduktor, jak też fakt, że przyczepiłem rower (zresztą w przeznaczonym do tego celu przedziale rowerowym) w taki sposób, że nikomu absolutnie nie przeszkadzał i nie zawadzał w komunikacji. Przepis jest przepisem i jeśli można komuś „dowalić” karę, to trzeba koniecznie z tej możliwości skorzystać (pewnie mają z każdego takiego przypadku jakieś profity). Oczywiście padły tu koronne argumenty, że na tej samej zasadzie co ja mogłoby wsiąść z 15 rowerzystów (kłania się Bareja i scena z „Misia”, gdzie portier nie wpuszcza odprowadzającego matkę syna do hali odlotów: „A gdyby tu wasz synek z grupą stuosobową odlatywał i każdy z rodziców chciałby wejść to jaki byłby tłok”). Jakoś PKP IC nie przeszkadza, że sprzedają bilety ponad liczbę dostępnych w pociągu miejsc i wówczas pasażerowie z walizkami tarasują korytarze, nie wspominając już o tym, że bilety te są w tej samej cenie, co miejsca siedzące.
To, że konduktorów ubrano w czyste białe koszule i marynarki niestety nic nie zmieniło.
P.S. Niegdyś, kiedy jeszcze w IC rozdawano bezpłatny magazyn „W podróży” ze zgrozą przeczytałem w jednym z jego numerów artykuł-wspomnienie autorstwa jednego z członków zarządu tej spółki. Tekst ów traktował o wyprawie off-road (czyli na spalających hektolitry nafty terenowych kolosach) tego pana w Gorgany (to takie góry na Ukrainie jakby ktoś nie wiedział, jedno z najdzikszych i przyrodniczo bezcennych pasm nie tylko karpackich, ale szerzej - europejskich). Przywołany artykuł najdobitniej świadczy o mentalności przynajmniej niektórych członków zarządu tej spółki (oczywiście niezależnie od tego kto aktualnie rządzi), jak również o tym, że zasiadają w niej ludzie nie mający o kolei i potrzebach pasażerów bladego pojęcia...