"Jesioniki, Jesioniki", czyli wrzesień 1987 w kolorach ORWO

informacje, wrażenia, relacje etc. {Każdy nowy temat proszę zaczynać od daty w formacie yyyy.mm.dd}

"Jesioniki, Jesioniki", czyli wrzesień 1987 w kolorach ORWO

Postautor: KrzysiekJ » 09 gru 2019, 01:49

Kilka dni temu, przy okazji związanego ze świątecznymi porządkami wietrzenia jednej z szaf, natknąłem się na stos papierzysk pamiętających jeszcze lata 80. minionego stulecia. Był to akurat plik zawierający moje archiwalia turystyczne. Gdzieś tam w środku tego stosu znalazłem gazetę o bynajmniej nieturystycznym tytule "Nasze Problemy", nad którym wybrzmiewał bijący po oczach imperatyw "Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!". Był to mający format osławionej "Trybuny Ludu" dwutygodnik wrocławskiej fabryki "Archimedes" specjalizującej się m.in. w produkcji... elektrycznych dojarek (tak!, właśnie takich dopasowanych do krowich wymion).

Obrazek

To jednak nie zdobywające wszelakie możliwe nagrody na międzynarodowych konkursach agroprzemysłowych dojarki kazały mi przed laty włączyć ten numer archimedesowskich "Naszych Problemów" do moich papierowych pamiątek turystycznych, lecz znajdujący się na trzeciej stronie tej gazety niezbyt obszerny artykuł. Tekst napisany przez Grzegorza Nietupskiego, pracownika "Archimedesa" i jednocześnie przewodnika z naszego Studenckiego Koła Przewodników Sudeckich, stanowił krótką relację z wycieczki górskiej, w której również i ja brałem udział. Była to trwająca zaledwie trzy dni wycieczka po Górach Rychlebskich i Wysokim Jesioniku, odbyta we wrześniu 1987 r. Wycieczka dla mnie bardzo ważna, gdyż będąca moim pierwszym zetknięciem się z Jesionikami i czechosłowacką (wtedy) częścią Gór Złotych, czyli Rychlebskými horami.

Nad tekstem Grześka znalazło się jakieś dziwne zdjęcie, bynajmniej niejesionickie, a tym bardziej nierychlebskie. Może widoczek ten, zapewne tatrzański, miał zachęcić pracowników "Archimedesa" do przeczytania artykułu, którego tytuł niewiele wówczas przeciętnemu mieszkańcowi miasta nad Odrą mówił - "Jesioniki, Jesioniki". Dla mnie oczywiście ważniejszy od fotki nieokreślonego górskiego jeziorka był tekst, dlatego też egzemplarz "Naszych Problemów" jakoś udało mi się od Grześka wyprosić. A teraz - po latach - ponownie przeczytać jego relację z naszej wędrówki.

Obrazek


Jesioniki, Jesioniki

Znowu jedziemy na wycieczkę. Jej cel - Jesioniki - pasmo górskie należące do Sudetów Wschodnich. Jeżeli spojrzymy na mapę, obejmującą fragment Polski i Czechosłowacji, to na południe od Głuchołaz zobaczymy najpierw miasteczko Jesenik, a potem pasmo górskie o tej samej nazwie. W nazewnictwie czeskim używa się terminu "Hruby Jesenik" (Wysoki Jesionik), natomiast w polskim - Jesioniki. Najwyższym szczytem, a zarazem największą górą Sudetów Wschodnich, jest Praded (Pradziad) - 1492 m.
Całe Jesioniki to park narodowy z partiami ścisłych rezerwatów, o czym informują tablice ustawione przy szlakach. Granice parku najłatwiej określić przez położenie miast: Sumperk i Branna na zachodzie, Bruntal, Vrbno i Zlate Hory na wschodzie, Jesenik na północy i Rymarov na południu.
Gdy obejrzały nas już polskie i czeskie służby graniczne (Czesi bardzo sympatyczni, Polacy mniej), wysiedliśmy w Lichkovie (pierwsza stacja po czeskiej stronie) i stąd pociągami lokalnymi dotarliśmy do Stareho Mesta. Od tego momentu jedynym środkiem lokomocji były nasze nogi. Opanowała nas taka ochota do łażenia po górach, że pierwszego dnia przeszliśmy 27 kilometrów. Nikt jakoś nie pomyślał, że można wcześniej szukać noclegu, a nie dopiero na Cervenohorskim Sedle. Ale w końcu jesteśmy młodzi. Zresztą pokonanie tej odległości nie było aż takim problemem, ponieważ grzbiet Jesioników jest wyrównany i dobrze się nimi idzie - mniej więcej tak, jak grzbietem Karkonoszy.
Drugiego dnia osiągnęliśmy Pradziada i zeszliśmy na nocleg do Karlovej Studanki. Tu było przyzwoite spanie (poprzednie na podłodze), lecz za nieprzyzwoitą cenę, bo z narzutem dla cudzoziemców. Niestety, coś takiego praktykuje się w wielu krajach.
Trzeci dzień - to zakupy w miasteczku Jesenik. Przy tego typu wyjazdach - ostatnie dni przeznaczane są właśnie na zwiedzanie większego miasta i zakupy. Nie udało nam się kupić niektórych rzeczy - bo ich nie było, a i koron nie mieliśmy za dużo.
Granicę przekroczyliśmy w Głuchołazach. Muszę przyznać, że to było jedno z najsympatyczniejszych "przekroczeń".
Być może ktoś zapyta: Jak zorganizowaliście taką wycieczkę?
Odpowiedź: Dobrze jest należeć do jakiegoś koła PTTK. Gdy się chce zorganizować wycieczkę tego typu należy program przedstawić w jednostce zwierzchniej, czyli oddziale PTTK. Po zatwierdzeniu programu zanosimy go do Biura Turystyki Zagranicznej PTTK, a biuro wysyła go do Warszawy. Na odpowiedź czekamy dwa, trzy miesiące - i po otrzymaniu potwierdzenia przedstawiamy w BTZ ostateczną listę uczestników, zbieramy pieniądze i uskuteczniamy kolejną podobną bieganinę.
Liczba wyjazdów należy od aktywności koła do którego należymy. Opisany wyjazd został zorganizowany przez Koło Studenckich Przewodników Sudeckich podlegające Oddziałowi Akademickiemu PTTK. Koło jest aktywne, ciągle się tam coś dzieje. Przy okazji - jeśli kogoś interesują wydawnictwa krajoznawcze, to polecam księgarnię Oddziału Akademickiego - Rynek-Ratusz 11/12.
- Aha, jeszcze strona finansowa tej wycieczki: kosztowała ok. 9500zł z wymianą, opłatą manipulacyjną pobieraną przy wymianie, i paroma podobnymi, a koniecznymi rzeczami. Bieganiny podczas organizacji jest sporo, ale opłaca się. Wróciliśmy zachwyceni Jesionikami.


Przeczytałem teraz znowuż ten grześkowy tekst i wspomnienia powróciły. Pamiętam wycieczkę nieco inaczej niż Grzesiek. Nie tylko dlatego, że jego wrażenia były świeże, powstałe kilka dni po wędrówce, moje zaś - przywołane nagle lekturą wydanej przeszło 32 lata temu gazety - przefiltrowane muszą być kilkunastoma późniejszymi moimi wypadami w czeskie Sudety Wschodnie. Ale - tak myślę - chyba i wtedy, we wrześniu 1987 r., były inne.

O Jesionikach, że to fajne góry, i w ogóle, że w Czechosłowacji jest fajnie, dowiedziałem się w sierpniu 1981 r., gdy mój o rok starszy "jeszcze z liceum" kolega Piotrek wrócił z dwutygodniowego obozu wędrownego - właśnie po Jesionikach. Odbywał praktykę przewodnicką podczas jednego z turnusów jesionickich obozów, organizowanych przez wrocławskie Studenckie Koło Przewodników Sudeckich dla studentów z całej Polski. Jego opowieści o Pradziadzie, Keprniku i Vřesovej studance były na tyle barwne, że postanowiłem dwa miesiące później zapisać się na kurs przewodnicki SKPS, aby w kolejne wakacje poznać już samemu te góry. Zapisałem się..., ale przyszedł 13 grudnia 1981 r., stan wojenny, i w praktyce (chociaż nie w teorii) "zamknięcie" gór socjalistycznej Czechosłowacji dla polskich turystów. Można było zwiedzać znajdujące się w kraju Nicolae Ceaucescu, "Geniusza Karpat", góry Rumunii, można było organizować wyjazdy do Bułgarii w Piryn czy Riłę, ale na czeskie Karkonosze, Góry Stołowe i Jesioniki można było sobie co najwyżej popatrzeć z naszej, polskiej części Sudetów...

... albo o tych górach pisać przewodniki. Oczywiście robili to ci nasi koledzy, którzy mieli szczęście poznać czeskie Sudety przed 13 grudnia 1981 r.

Obrazek

Jednym z takich piszących o Jesionikach był Andrzej Czermak. W drugim zeszycie naszego SKPS-owskiego periodyku "Karkonosz", wydanym w 1986 r., opublikował duży artykuł o najbardziej znanych sudeckich dawnych znakach granicznych (o średniowiecznej granicy "Świętego Jana" księstwa biskupiego) i w tym opracowaniu wspomniał też o innych sudeckich kamieniach granicznych, m.in. o XVIII-wiecznym znaku znajdującym się na szczycie Pradziada, w miejscu styku granic ówczesnych posiadłości biskupów wrocławskich, włości zakonu krzyżackiego z Bruntálu, oraz ziem należących do szlacheckiego rodu Żerotinów z Velkých Losin.

Obrazek

Szczęśliwie w 1984 r. socjalistyczna turystyczna granica polsko-czechosłowacka odrobinę została nadwątlona, stąd można było wreszcie, poprzez Biuro Turystyki Zagranicznej PTTK, organizować wyjazdy tzw. turystyki kwalifikowanej do CSRS (w swoim tekście w "Naszych Problemach" właśnie o takich imprezach pisał Grzesiek). Wiosną 1987 r. Andrzej Czermak opracował plan wrześniowej wycieczki po Górach Rychlebskich i Wysokim Jesioniku, której motywem przewodnim miały być tamtejsze dawne znaki graniczne. Nie tylko ten najbardziej znany trójpański kamień z Pradziada, ale i inne - te o których Andrzej słyszał, że istnieją, i te, których obecności można się było wtedy tylko domyślać.

Andrzej nie musiał mnie długo namawiać na tę eskapadę. Raz, że temat fajny, dwa, że rok wcześniej, również we wrześniu, niemal dokładnie tą samą trasą szli uczestnicy naszego kołowego pionierskiego przejścia Sudetów Czeskich ("od Łaby do Odry" - relację z tego przejścia, którego drugą połowę z przyczyn zawodowych musiałem odpuścić, zamieściłem już wcześniej na naszym SKPS-owskim forum, ale jakiś czas temu gdzieś się zawieruszyła). Dlatego nagle w 1987 r. pojawiła się okazja, abym obejrzał sobie te góry, których dwanaście miesięcy wcześniej nie dane było mi poznać. Poza Andrzejem, Grześkiem i mną na rychlebsko-jesionicką wędrówkę wybrały się jeszcze tylko trzy osoby (spośród naszych przewodników jeszcze Jarek Niementowski "Krokodyl").

O samej wycieczce nie będę się długo rozwodził. Zrobił to już za mnie przed przeszło trzema dekadami Grzesiek Nietupski. Szczegółowy przebieg trasy jest taki, jak w powstałych zaraz po wycieczce moich notatkach - są to wpisy z 12-14 września 1987 r.

Obrazek

Obrazek

Pokażę natomiast pewną partię moich fotografii z dosyć lakonicznymi opisami. Są to reprodukcje wschodnioniemieckich przeźroczy firmy ORWO. Produkty specyficzne, stąd i specyficzne barwy tych fotografii.

Podczas naszego przejazdu pociągami do Stareho Mesta zdjęć nie robiłem (tradycyjnie oszczędzałem kliszę); dzisiaj żałuję, gdyż wiele rzeczy zniknęło, w tym m.in. po gruntownej przebudowie obiektu połowa dawnej stacyjki w Starém Měste. Wyciągnąłem z plecaka aparat dopiero po wyjściu z miasteczka. Ten schron (řopik), znajdujący się obok ostatnich zabudowań miejscowości, przy zielonym szlaku wiodącym w stronę chaty Paprsek, jeszcze istnieje, ale już w trochę innym architektoniczno-krajobrazowym kontekście.

Obrazek

Ten triangul zaś, wzniesiony na jednej z kulminacji poprzedzających na górę Vetrov, to już oczywiście czas przeszły (całkowicie) dokonany. Nie ma go, podobnie jak i wszystkich sudeckich drewnianych wież triangulacyjnych.

Obrazek

A to nasza ekipa, mozolnie wspinająca się na pierwszy poważny szczyt na trasie, czyli na Vetrov (918 m n.p.m.). Góra fajna, ale niedługo - piszę o tym z perspektywy 2019 r. - zostanie spaskudzona kolejną w Sudetach, chyba już milionową wieżą widokową (ta ma być repliką dawnej wieży widokowej na Śnieżniku).

Obrazek

I dotarliśmy do chaty turystycznej Paprsek. Była zamknięta, po sezonie, spotkaliśmy tylko jakiegoś gbura, którego gburowatość jeszcze bardziej się wzmogła, gdy zorientował się, że jesteśmy Polakami (od razu piszę, że tego rodzaju zachowanie Czechów w stosunku do nas na szczęście nie było wtedy regułą).

Obrazek

A zatem na zrobionych jeszcze we Wrocławiu kanapkach i po wypiciu herbaty z wrocławskiej wody (termosy mieliśmy tradycyjne, ze szklanym wkładem), uderzyliśmy czerwonym szlakiem w stronę Císařské boudy. Oczywiście nie wiedzieliśmy jeszcze, że to obiekt zamknięty na cztery spusty, będący właściwie tylko punktem topograficznym na mapie - skrzyżowaniem szlaków turystycznych. Ale było fajnie, objedliśmy się tam wrześniowymi borówkami. "Byliśmy młodzi" - jak to fajnie napisał w swoim tekście Grzesiek.Zapomnieliśmy, że we wrześniu dzień jest już krótki. Nie spieszyliśmy się... Znalazł się i czas na jakieś doraźne naprawy naszego obuwia.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Od Císařské boudy przeszliśmy szlakiem zielonym do rozdroża pod Bruskiem,

Obrazek

a stamtąd, szlakiem zielonym i niebieskim, doszliśmy do Smreka. Najpierw na "szczyt" graniczny (trójstyk granic Czech, Ziemi Kłodzkiej i Śląska), a potem na właściwą kulminację, znajdującą się już po czeskiej stronie granicy (1127 m n.p.m.). Tu namierzyliśmy pierwsze dawne znaki graniczne - najpierw takie mniej nas wtedy interesujące, bo XIX-wieczne.

Obrazek

Ze Smreka schodziliśmy na południe głównym grzbietem Gór Rychlebskich do Ramzovej, nietypowym szlakiem biało-czerwonym.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Szlak wiódł głównie przez las, ale pojawiały się też i widokowe grzbietowe polany. Główną dominantą krajobrazową był oczywiście Šerak (1350 m n.p.m.), najpierw jego obłe cielsko...

Obrazek

... z którego, po pewnym czasie, zaczęły wyłaniać się wyrastające z jego północno-wschodniego zbocza Obří skály. To już był, oczywiście, Wysoki Jesionik.

Obrazek

Na razie musieliśmy zejść z Gór Rychlebskich. W Ramzovej przekroczyliśmy Ramzovské sedlo (760 m n.p.m.), rozdzielające Góry Rychlebskie od Wysokiego Jesionika. Przecięliśmy tam również jedną z najśmielej wytyczonych sudeckich linii kolejowych, łączącą Hanušovice z miastem Jeseník (budowa linii trwała od 1883 do 1888 r.), zwaną - trochę górnolotnie - śląskim Semmeringiem.

Pierwszy postój w Jesionikach urządziliśmy sobie tuż po wyjściu z Ramzovej, przy oddalonej raptem 1,5 km od przełęczy kapliczce przy Dobrym Źródle ("U Dobré Vody"). Parę łyków wody, kilka fotografii i wyjście na oddalony nieco ponad cztery kilometry Šerak, niestety, leżący też ponad czterysta metrów wyżej.

Obrazek

Obrazek

Między dobrym źródłem a Šerakiem złapał nas zmrok. Przy świetle latarek (chciałem napisać "czołówek", ale czołówek wtedy jeszcze nie używaliśmy; kijków trekingowych zresztą też) dotarliśmy do chaty na Šeraku. Zapytaliśmy o nocleg... i zostaliśmy odprawieni z kwitkiem. Kolejny raz usłyszeliśmy słowo, jakże często używane w czeskich obiektach tego typu: zavřeno!

No to poszliśmy dalej czerwonym grzbietowym szlakiem, wytyczonym przez najwyższe partie północnej części Wysokiego Jesionika: przez Keprnik (1423 m n.p.m.), Vřesovą studankę, Červeną horę (1337 m n.p.m.) na Červenohorské sedlo (1005 m n.p.m.). Całe przeszło 9 kilometrów po ciemku. Żadnych widoków - może tylko trochę gwiazd, bo i o rozgwieżdżonym niebie mogliśmy tylko pomarzyć. Dopiero podczas późniejszych wyjazdów w Jesioniki mogłem zobaczyć, jakie widoki nas wtedy ominęły.

Dotarliśmy w końcu na Červenohorské sedlo i do tamtejszego hotelu górskiego. Było po dziesiątej wieczorem, restauracja w chacie była właśnie zamykana. Zapytaliśmy o nocleg. Część hotelowa była, no jasne (!), nieczynna. Ale sama rozmowa była zupełnie inna niż we wcześniej odwiedzanych w tym dniu obiektach. "Jeśli macie karimatki i spací pytlí, czyli śpiwory, to spokojnie możecie spać w jadalni", usłyszeliśmy od zamykającego część knajpianą szefa obiektu. A po następnym jego zdaniu aż podskoczytliśmy z wrażenia - "A jeżeli uda wam się jeszcze trochę piwa wytoczyć z beczki, to spuśćcie go sobie całkiem do końca". Była jeszcze podłączona do "kija". Do kolacji udało nam się wycisnąć z niej jeszcze trzy i pół kufla, zaś rano - jakimś cudem - ulało się jeszcze z półtora.

Takiego noclegu nie można było zapomnieć. Tym bardziej, że kosztował grosze... (zresztą, zaznaczył to w swoim tekście Grzesiek)

Obrazek

W świetnych nastrojach wyruszyliśmy w stronę Pradziada. Cały czas głównym szlakiem czerwonym - zboczami Velkého Klínovca, przez szczyt Výrovki, podmokłymi ścieżkami i chodnikami torfowisk Małego Jezerníka.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

I tak dotarliśmy do schroniska Švýcárna. Dopiero po wyjściu z lasu, gdy na tle budynków schroniska zobaczyliśmy szczyt Pradziada, uderzył nas ogrom tej góry. I tego czegoś, co zbudowano na jego wierzchołku.

Obrazek

Obrazek

Ze Švýcárny, w której zatrzymaliśmy się tylko na chwilę, na Pradziada to tylko krok. W 1987 r. nawet krótszy niż dzisiaj. Wtedy szlak biegł tuż obok Tabulových skał, teraz odsunięty jest od nich bardziej na zachód. Jest też o kilkaset metrów dłuższy niż kiedyś.

Obrazek

Do tej znanej wszystkim wrednej asfaltówki wiodącej na szczyt dochodziło się praktycznie przed samym wierzchołkiem.

Obrazek

Szlak ze Švýcárny dochodził do asfaltu praktycznie na wysokości trójpańskiego kamienia. Za nami Tabulové skály...

Obrazek
...a przed nami kamień graniczny na Pradziadzie.

Obrazek

Tu jego strona biskupia, tj. wskazująca na włości biskupów wrocławskich

Obrazek

Tu zaś herb rodu Żerotinów

Obrazek

To, oczywiście, oznaczenie posiadłości zakonu krzyżackiego z pobliskiego Bruntálu.

Obrazek

Po ochach i achach nad kamieniem, bo rzeczywiście jest świetny, kilka minut później pojawiły się nasze kolejne ochy i achy - tym razem nad cenami piwa i jedzenia w restauracji na Pradziadzie. Uciekliśmy stamtąd, od czasu do czasu oglądając się za siebie.

Obrazek

Piwo, znacznie tańsze i też hanušovicką "Holbę", wypiliśmy w kiosku przy chacie Ovčárna. Z uśmiechem na naszych twarzach wyruszyliśmy w stronę Skał Piotrowych (Petrovy Kameny).

Obrazek

Szlak wtedy w tym rejonie poprowadzony był inaczej niż dziś. Wiódł pod same skały. Od razu wpadły nam w oczy pierwsze kamienie graniczne na dawnej granicy żerotinsko-krzyżackiej.

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Obrazek


Obrazek


Biegaliśmy wokół Piotrowych Skał i znajdowaliśmy kolejne kamienie graniczne.

Wielu spośród nich już nie ma. Ostatni raz byłem w tym miejscu w sierpniu 2012 r. Zobaczyłem może 30% tego co przed laty. Czy ukradzione, czy wyorane przypadkiem - nie wiem!?

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wzdłuż tej granicy, oznaczonej parami ustawionych na sztorc kamiennych steli, dotarliśmy na szczyt Vysoké holi (1465). A tam - wiadomo. Kolejny Trójpański Kamień. Z herbami krzyżaków, Żerotinów i rodu Dietrichsteinów z Janovic (dzisiaj część miasta Rymařova).

Obrazek

Obrazek

W pełni nasyceni wrażeniami "granicznymi" zeszliśmy jeszcze do Velké kotliny. A co? Jeśli mamy takie szczęście, to na pewno zobaczymy tamtejsze kozice. I zobaczyliśmy, ale były na tyle daleko, że pozostały tylko w pamięci. W kończącym się dniu także i fotografia Wielkiego Kotła nie mogła wyjść nadzwyczajnie.

Obrazek

Wróciliśmy do Petrovych kamieni, później do chaty Ovčárna i stamtąd zeszliśmy do uzdrowiska Karlova Studánka. Szlakiem zielonym, tym najłatwiejszym, biegnącym w dużej części asfaltem. Zmierzchało, więc nie kombinowaliśmy ze zwiedzaniem doliny Białej Opawy i jej kaskad. To zostawiliśmy na kolejne odwiedziny Jesioników.


Obrazek


W Karlovej Studánce szybko znaleźliśmy nocleg. Nie pamiętam już pensjonatu, w którym przyszło nam spać. Dopiero tekst Grześka przypomniał mi, że był to drogi obiekt. Pamiętam, że uzdrowisko zwiedziliśmy błyskawicznie, bo musieliśmy jeszcze w tym dniu znaleźć się w Jeseniku (mieście) i powrócić do Wrocławia.

Kilka fotografii z Karlovej Studánki.

Obrazek

Obrazek

W Jeseniku tak trochę w ciemno uderzyliśmy do muzeum, znajdującego się w tzw. Wodnym Zamku. Był poniedziałek, czyli dzień, w którym w 90% tego rodzaju obiektach powinniśmy się odbić od drzwi. Tymczasem spotkaliśmy tam wspaniałego człowieka. Pan Zdenek Brachtl, kustosz tego muzeum pokazał nam dosłownie wszystko. Każdego z nas obdarował też stosami wydawnictw krajoznawczych ("Jesenicko. Vlastivedné zajimavosti" i "Severní Morava") oraz zapraszał na planowane w jego muzeum w bliższej i dalszej przyszłości najrozmaitsze wystawy. Był archeologiem. Gdy dowiedział się, że i ja jestem tej samej profesji, zaczął namawiać mnie, abym załatwił mu na jego wykopaliska w Javorniku kilku wrocławskich studentów, bo "dla czeskich studentów archeologii z Pragi i Brna to nasze Slezsko to province i nie chcą tu przyjeżdżać na swoje praktyki". Był rok 1987 i na tego rodzaju kontakty trzeba było jeszcze poczekać. U progu lat 90., już po zmianach i u nas i tam, kilkakrotnie - również ze studentami - odwiedzałem Zdenka. Chociażby przy okazji będącej jego oczkiem w głowie wystawy czasowej "Średniowieczne zamki i twierdze w Jesionikach" (jesień 1990-zima 1991). I tak jakoś w połowie lat 90. dowiedziałem się, że zmarł. "Rakovina" - usłyszałem od jednego z naszych wspólnych archeologicznych znajomych.

Zdążyliśmy zrobić jeszcze jakieś pośpieszne zakupy, zerknąć na kilka zabytków...

Obrazek

...i popatrzeć na górujący nad miastem Zlatý chlum (891 m n.p.m.).

Obrazek

Do żadnej knajpy już nie wstępowaliśmy, chociaż w pobliżu dworca kolejowego mieliśmy bliskie spotkanie z jakimś kelnerem. Jakoś nie skojarzył nam się z sympatycznym bohaterem czechosłowackiej dobranocki "Chłopiec z plakatu".

Obrazek

Z Jesenika pojechaliśmy pociągiem do leżących tuż przed granicą Mikulovic. Musieliśmy tam wysiąść, aby stamtąd przejść na piechotę do Głuchołaz. Mogliśmy tylko popatrzeć, jak czeskie pociągi jadą wzdłuż pokonywanej przez nas trasy również... w stronę naszych polskich Głuchołaz. Ot, takie socjalistyczne paradoksy!

Obrazek

Obrazek

Doszliśmy do granicy, przekroczenie jej było nad wyraz sprawne i spokojne, następnie krótki spacer do centrum Głuchołaz. A później powrót do Wrocławia - pociągami, a jakże!

I takie to były moje "pierwsze" Jesioniki. W następnych latach wielokrotnie odwiedzane, u progu lat 90. nadal obfotografowywane błonami ORWO, z czasem japońskimi filmami Fuji czy też niemiecką Agfą, a od pewnego czasu aparatami cyfrowymi. Zmienił się sprzęt, kolory na fotografiach, ale szkoda też, że i zmieniły się trochę góry. Cholera, że też musiały poznikać te kamienie graniczne...

PS. Już po lekturze artykułu Grześka przejrzałem sobie inne teksty zamieszczone w "Naszych Problemach". Na ostatniej stronie był wierszyk. Niepodpisany. Pewnie go przed trzydziestu kilku laty nawet przeczytałem, ale dopiero teraz mnie zafrapował:

Zmiana ról

Tu podateczek
tam fakturka
tu FAZ, tam znowuż coś innego
i tak równiutko
jak po sznurku
płyną pieniążki
z zakładu naszego.

Tu fundusz siaki
tam owaki
tu znów odpisik
tam składeczka
a kasa jest ograniczona
kasa to nie jest bez dna beczka

Nic więc dziwnego
że sprawy nasze
dzisiaj już nie najlepiej stoją
bo choć dojarki my robimy
inni nas z forsy
równo doją.


Obrazek
KrzysiekJ
 
Posty: 162
Rejestracja: 22 gru 2013, 01:43

Re: "Jesioniki, Jesioniki", czyli wrzesień 1987 w kolorach O

Postautor: Mrozen » 12 gru 2019, 20:47

Niedobrze ... myślałem, że jestem młodszy.
Ja pierwszy raz przeszedłem grzbiet Wysokiego Jesionika zaledwie niecałe cztery lata po Tobie (w lipcu 1991). Wycieczkę (samotną) zacząłem bardziej na południe niż Wy i doszedłem też dalej na południe. Spałem w skałach i w schronie samoobsługowym. Będę musiał poszukać slajdów - już nie ORWO.

Przy okazji taka ciekawostka historyczna, nowsza niż kamienie graniczne. Najbardziej niesamowicie położona niemiecka stacja radarowa w Sudetach (Vysoká hole). Powszechnie znany jest betonowy fundament pod radar śledzący, dobrze zachowany do tej pory (podobny został zniszczony przy budowie wrocławskiego stadionu). Okazuje się, że obok niego stały dwa wielkie maszty radarów "wczesnego ostrzegania".
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Awatar użytkownika
Mrozen
Moderator
 
Posty: 1114
Rejestracja: 22 gru 2013, 10:18

Re: "Jesioniki, Jesioniki", czyli wrzesień 1987 w kolorach O

Postautor: KrzysiekJ » 13 gru 2019, 13:07

Piotrku, dziękuję za Twój wpis i przypomnienie mi zapomnianego już "detalu" z Vysoké hole. Nie mam go na żadnej mojej fotografii. Przechodziłem obok betonowej podstawy 7 maja 1990 r., ale - jak to wtedy - oszczędzałem kliszę. Wycieczka z przełęczy Skřítek grzbietem przez Jeleni studanke, Vysoké hole, Pradziada, schr. Švýcárne do Běli pod Pradziadem to był tylko jeden dzień z trwającej całe 9 dni majówki, która zaczęła się w Górach Rychlebskich, a skończyła na czterodniowym zwiedzaniu Morawskiego Krasu (po drodze wpadliśmy też na dwa dni do Ołomuńca). Dlatego podczas grzbietówki Skřítek -Bělá p. P., zrobiłem jedynie... cztery zdjęcia. Powiedzmy, że teraz mam... piątą fotografię :)

Nie będzie pewnie innej okazji, aby wrzucić te moje cztery jesionickie zdjęcia z maja 1990 r. na forum. Cała nasza 9-dniowa wycieczka była przedsięwzięciem nie SKPS-owskim, lecz wycieczką dydaktyczną studentów archeologii, zatem do formuły "... z życia Studenckiego Koła Przewodników Sudeckich" niewiele by wniosła. Dlatego zaprezentuję je teraz:

Restaurace na Skřítku


Obrazek


Ztracené kameny (mój SKPS-owski sweter przewodnicki znajduje się tym razem w plecaku; że go wtedy miałem, to pewne, gdyż mam zrobioną w tym dniu fotkę, na której stoję obok radzieckiego żołnierza ewakuującego się z tego miasta - był wszak rok 1990) - [dziękuję włodarzowi z forum sudeckiego za doprecyzowanie miejsca wykonania tej fotografii; wcześniej myślałem, że może to być pobliski Pecný]


Obrazek



Na grzbiecie - jeszcze przed Vysoką halą, Piotrowymi Kamieniami i Pradziadem


Obrazek


I wreszcie Vysoký vodopád nad osadą Bělá


Obrazek


I to był cały fotograficzny plon w tym dniu. Naprawdę mikry :(


A swoje slajdy "już nie-ORWO" skanuj i zamieszczaj na swoim blogu i naszym forum ;)
Ostatnio zmieniony 16 gru 2019, 20:44 przez KrzysiekJ, łącznie zmieniany 2 razy
KrzysiekJ
 
Posty: 162
Rejestracja: 22 gru 2013, 01:43

Re: "Jesioniki, Jesioniki", czyli wrzesień 1987 w kolorach O

Postautor: Koks » 13 gru 2019, 13:45

Fajnie się czyta takie wspomnienia. Może warto by pomyśleć o jakimś cyklu wieczorynek "Retro SKPS" o dawnych wyjazdach. Pamiętam że chyba w 2014 Ty Krzyśku robiłeś wieczorynkę o wyjeździe do Rumunii śladami podobnej wyprawy sprzed lat.
Awatar użytkownika
Koks
Moderator
 
Posty: 379
Rejestracja: 22 gru 2013, 12:26
Lokalizacja: Srebrna Góra

Re: "Jesioniki, Jesioniki", czyli wrzesień 1987 w kolorach O

Postautor: KrzysiekJ » 13 gru 2019, 15:49

Cieszę się, że te nasze SKPS-owskie przedsięwzięcia sprzed lat znajdują dziś swoich kibiców.

Ostatnio Dziamdziak namawiał mnie, abyśmy przygotowali wieczorynkę dotyczącą naszej kołowej wyprawy w Himalaje w 1985 r., aby pojawił się tam nie tylko element górsko-krajoznawczy, ale także klimat wyprawy, przygotowania do niej itp. Może damy radę, przy wsparciu kilku jeszcze współuczestników wyjazdu, którzy cały czas są aktywni w naszym kole.

Kiedyś zresztą myślałem o przedstawianiu na wieczorynkach swego rodzaju repetytoriów z poszczególnych lat. Coś w stylu "Rok 1984 w działalności SKPS". W obrębie tego roku zdjęcia i wspomnienia z ówczesnych imprez, od rajdów zimowych poczynając, poprzez Antysarajewo '84, marcowe rozpoczęcia sezonu, obóz wielkanocny, rajd sudecki, Akcję Lato, szkoleniówki, Andrzejki, Zakończenie Sezonu, Wigilię (akurat w 1984 r. na wigilii były tylko trzy osoby - Michał T., Edek K. i ja, i nie ma z tej imprezy żadnych fotografii) i na obozie sylwestrowym kończąc. Wymagałoby to trochę mobilizacji i podjęcie próby poskanowania jeszcze wielu przeźroczy (np. przez Dziamdziaka :lol: ), ale jeżeli nie teraz, to kiedy?

Mam jeszcze jedno takie SKPS-owskie fotograficzne marzenie. Gdyby tak udało się stworzyć wzorowany na "Hydralu" (dzisiaj polska-org.pl ) nasz własny sudecki portal ikonograficzny, ale obejmujący też czeską i niemiecką część Sudetów. Sądzę, że w naszych plastikowych pudełkach na przeźrocza mamy prawdziwe skarby. Lata 70.-90. na polska-org.pl są naprawdę bardzo słabo reprezentowane. Na znanych mi czeskich portalach fotograficznych jest podobnie (nie mówię już o rumuńskim portalu carpati.org, bo na nim zdjęć z lat 80. jest co kot napłakał - no, ale to były lata totalnej inwigilacji w tym kraju i chyba jedynymi turystami w rumuńskich Karpatach, zaopatrzonymi w aparaty fotograficzne, byli w tym czasie chyba tylko cudzoziemcy) - dużo reprodukcji przedwojennych fotografii i widokówek, powojenne widokówki o najczęściej takich samych motywach, niewiele zdjęć z lat 70.-90. i najpierw nieśmiały wysyp fotek z ostatnich lat czasów analogowych i eksplozja zdjęć robionych już aparatami cyfrowymi. Uważam, że tę trwającą kilka dekad lukę naprawdę w znacznej części moglibyśmy wypełnić - także i zdjęciami nieistniejących już sudeckich obiektów, również i w czeskich Sudetach.

Przykład?

Wklepałem przed chwilą w google frazy "Krizovy vrch"+"Jesenik" i wynik wyszukiwań ustawiłem na grafikę. Zobaczcie zresztą sami, co wyjdzie: to "coś", co zostało wzniesione w tym miejscu kilkanaście lat temu. Na to, co my możemy mieć w swoich zbiorach raczej się nie natrafi, a przynajmniej nie od razu.

Tutaj stara chata na Krizovym vrchu w styczniu 1991 r.

Obrazek

Obrazek

Zresztą tego też już nie ma - Kamenny vrch koło Sumperka (maj 1991 r.)

Obrazek

Przypuszczam, że gdyby taki sudecki portal ikonograficzny udałoby nam się utworzyć, to na pewno szybko zostałby dostrzeżony, nie tylko przez polskich turystów i krajoznawców.
Ostatnio zmieniony 14 gru 2019, 02:31 przez KrzysiekJ, łącznie zmieniany 1 raz
KrzysiekJ
 
Posty: 162
Rejestracja: 22 gru 2013, 01:43

Re: "Jesioniki, Jesioniki", czyli wrzesień 1987 w kolorach O

Postautor: Koks » 13 gru 2019, 18:57

Myślę że to świetny pomysł, zwłaszcza że kilka osób posiada taką kolekcję. Myślę że zrobię rozeznanie wśród ludzi z jaką ilością pracy by się coś takiego wiązało. W końcu zawód "informatyk" jest jednym z popularniejszych w SKPS :)

A co do wieczorynek to też całym sercem popieram i zachęcam żeby takie rzeczy robić. Mnie historia koła bardzo interesuje i nie powiem miałem spory ubaw kiedy digitalizowałem numery "Plotkarza" (zresztą w najbliższym czasie będę też to robił z pozostałymi wydawnictwami, łącznie z "Biustonoszem")
Awatar użytkownika
Koks
Moderator
 
Posty: 379
Rejestracja: 22 gru 2013, 12:26
Lokalizacja: Srebrna Góra

Re: "Jesioniki, Jesioniki", czyli wrzesień 1987 w kolorach O

Postautor: Mrozen » 15 gru 2019, 09:43

Krzysiu, toczysz równolegle dyskusję na temat "Rychlebskich Gór" na
https://forum.sudety.it/viewtopic.php?f ... 9&start=15

Podsyłam Ci skan strony z nowej książki
https://www.kosmas.cz/knihy/268629/na-jeseniky/

Jest tu opisany "wrocławski" wątek tej nazwy, bo podobno wymyślił ją / rozpowszechnił nauczyciel wrocławskiego gimnazjum Felix Prudlo.
https://books.google.pl/books?id=1BA7AQ ... er&f=false

Nazwa w brzmieniu "Góry Złote" nie ma historycznego pochodzenia i jest sztuczna (Góry Rychlebskie żadnej krzywdy Polakom nie wyrządziły, żeby trzeba było tę nazwę zmieniać). Jak dla mnie mogłyby zostać Góry Rychlebskie (tak, jak Góry Izerskie - Rychleby tak samo nic nie znaczą dziś w języku polskim, jak Izera), zwłaszcza, że w większości leżą po czeskiej stronie granicy i nie ma innych "Gór Rychlebskich" na świecie. Nazwy nie są niczym świętym - wymyślają je ludzie (czasami z idiotycznych - politycznych - pobudek, które później znikają, a nazwy zostają), niektóre się przyjmują a inne ewoluują. Góry, które przez wiele lat nosiły jedną nazwę, nagle jej nosić nie mogą, bo przyjechała jakaś komisja i tak zdecydowała. Gdyby zamiast "żelaznej kurtyny" były Stany Zjednoczone Europy (USE) zapewne Góry Złote by nie zaistniały.
Książęta piastowscy (jedyna rdzennie polska dynastia na Śląsku) nie wiedzieli co to Złoty Stok/Góry Złotostockie, oni używali nazwy Reichenstein (lub podobnie) i jakoś z tym żyli. A osadnicy przybyli w te góry być może z Szumawy (Reichenstein - Bohatá skála). Na "rdzennie polskim" Podhalu zachowano nazwy niemieckie - zmieniono je na Śląsku (karpacki Tymbark nikogo nie razi?).

Bo tak robił Hitler w latach 30. z nazwami słowiańskimi?

"A u was Murzynów biją!"

W Czechach jest Karlštejn i pełno innych "štejnów". To bardzo słowiańskie nazwy ...
"Fastnacht" ... czy to jest polskie nazwisko? Nazwiska mogły zostać w brzmieniu niemieckim? Dobrze, że nie powołano komisji zmieniającej ludziom przymusowo nazwisk, żeby brzmiały po polsku.

Ja rozumiem, że część nazw trzeba było stworzyć niemal od zera, ale Góry Rychlebskie mogły zostać.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Awatar użytkownika
Mrozen
Moderator
 
Posty: 1114
Rejestracja: 22 gru 2013, 10:18

Re: "Jesioniki, Jesioniki", czyli wrzesień 1987 w kolorach O

Postautor: KrzysiekJ » 15 gru 2019, 20:28

Dziękuję Ci Piotrku za ciekawy i inspirujący wpis. Raczej dzisiaj do dyskusji na tym drugim forum nie wrócę. Ale w Twoje linki zajrzałem. Ciekawe, że w opracowaniu Felixa Prudlo wyróżnione są i Wartha'er Gebirge (Góry Bardzkie) - a mówiło się, że to dopiero powojenny polski pomysł.

Na razie cieszę się dzisiejszą wycieczką - pretekstem było dzisiejsze ponowne otwarcie, po 42 latach przerwy, linii kolejowej Dzierżoniów - Bielawa Zachodnia. Dojechałem do stacji końcowej (do Bielawy Zachodniej), stamtąd poszedłem na Parkową Górę (455) i Wronę (457), z niej zszedłem przez Myśliszów, Owiesno i Piławę Dolną do Dzierżoniowa (na stację kolejową). Był deszcz i trzy grudniowe tęcze - w sumie nie najgorzej. Dzieckiem będąc już tą linią jechałem - nawet dalej, bo do Srebrnej Góry (tam dojeżdżałem) i Ostroszowic (stamtąd dzień później wracałem). Było to jesienią 1973 r. Wspomnienia więc wróciły...

Cholera, trzeba jechać w jakieś nowe miejsca :)
KrzysiekJ
 
Posty: 162
Rejestracja: 22 gru 2013, 01:43

Re: "Jesioniki, Jesioniki", czyli wrzesień 1987 w kolorach O

Postautor: Mrozen » 16 gru 2019, 11:18

A tak na marginesie - Prudlo to nazwisko miejscowe, śląskie.
"PRODLIK – zdrobnienie od nazwiska Prudlo, Prudło, to od przedać – sprzedać, odstąpić za pieniądze, inna pisownia: Prudlik
PRODLO – od przedać – sprzedac, odstąpić za pieniądze, wymowa lokalna: Prodło"
https://staresiolkowice.pl/pochodzenie- ... kowickich/
Awatar użytkownika
Mrozen
Moderator
 
Posty: 1114
Rejestracja: 22 gru 2013, 10:18

Re: "Jesioniki, Jesioniki", czyli wrzesień 1987 w kolorach O

Postautor: KrzysiekJ » 16 gru 2019, 14:40

Dziękuję, Piotrku,

To jest właśnie urok naszego języka. Właściwie powinienem w moim ostatnim poście nazwisko "Prudlo" odmienić przez przypadki - byłoby wtedy "Felixa Prudla" (ale już przy zapisie nazwiska przez "ł", byłoby np. "Jana Prudły"). Pewnie w niejednej XIX-wiecznej śląskiej (i nie tylko śląskiej) księdze metrykalnej podobnych przykładów jest bez liku. Po prostu "język mamy, jaki mamy".
KrzysiekJ
 
Posty: 162
Rejestracja: 22 gru 2013, 01:43

Następna

Wróć do Wyjazdy, rajdy, wyprawy... [ODBYŁO SIĘ]

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron